Opowiadania post-apo
post-apokalipsa, opowiadania, apokalipsa, koniec świata, zagłada nuklearna,
Etykiety
AK47
(1)
Brexit
(1)
broń atomowa
(1)
bunkier
(1)
fantastyka postapokaliptyczna
(1)
III Wojna Światowa
(2)
Mroczne czasy
(1)
opowiadanie
(2)
Polityka
(1)
populizm
(1)
pos-apo
(4)
post apo
(3)
post-apokalipsa
(6)
postapo
(2)
pożoga
(4)
pustkowie
(3)
Reset
(1)
schron
(3)
science-fiction
(4)
sf
(2)
sztucer
(1)
Unia Europejska
(1)
Walther P99
(1)
wojna nuklearna
(1)
Wrocław
(5)
zagłada
(2)
niedziela, 11 marca 2018
Reset dostępny także w formie PDF
Do tej pory powieść postapo Reset dostępna była jedynie online, co było rozwiązaniem bardzo dobrym, jednak nie w każdym przypadku. Jeżeli ktoś chciał poczytać sobie w czytniku e-booków, to nie mógł.
Dziś jednak przyszła dobra zmiana :) Reset dostępny jest także w postaci pliku PDF do pobrania. Można go pobrać pod tym adresem.
wtorek, 2 maja 2017
Reset postapo - postapokalipsa Wrocław, rozdział XII.
Zatrzymałem wóz w bezpiecznej strefie, to znaczy jakieś pięćdziesiąt metrów przed checkpointem. Żeby nie zrobiono z nas durszlaka. A że był już wieczór, wycelowano w nas olbrzymi reflektor. Jako breslauer, doskonale wiedziałem, jak się zachować w takiej sytuacji. Wysiadłem z samochodu unosząc dwie ręce do góry i powolnym krokiem zacząłem iść w stronę posterunku. Naprzeciw wszedł mi uzbrojony po zęby facet w ubraniu wędkarza, czy tam – wedle jego mniemania – komandosa.
Czytaj całość: http://bartoszadamiak.com/reset
poniedziałek, 2 stycznia 2017
Moje własne miasto cz. 3
Zobacz poprzedni odcinek
Janek nie potrafił odpędzić od siebie złych myśli. Poznał Grześka raptem trzy godziny wcześniej w dość nietypowych okolicznościach, mianowicie tamten przystawił mu lufę do skroni. Chwilę pogadali, zjedli wspólny posiłek, spakowali dwa duże, wojskowe plecaki i mieli wyruszać w pieszą podróż w stronę gór. Jedynie fakt, że plecaki były dwa, uspokajał go nieco. Gdyby mieszkaniec bunkra chciał go zabić, nie pakowałby dwóch plecaków. Byłoby to najbardziej misternie przygotowane, najbardziej absurdalne zabójstwo wszech czasów. Scenariusz pozytywny też nie wydawał się dobry. Wyprawa do nieznanego celu przez niebezpieczne tereny, na których tak naprawdę Bóg jeden wie, co się dzieje.
– No, otwieraj ten właz – rzucił ni stąd ni zowąd Grzegorz.
– Właz? Ten do studni?
No to koniec, pomyślał chłopak.
– Wyjdziemy tylnym wyjściem. Na wypadek, gdyby na zewnątrz czekali na nas twoi kolesie. Tym samym sposobem zrobiłem was.
– Tylne wyjście?
– Pod tym pomieszczeniem jest jeszcze jedno, w którym znajduje się aparatura do uzdatniania wody. Są tam drugie drzwi pancerne, prowadzące do kanału. W ogrodzie domu jest studzienka. Bardzo sprytne wyjście ewakuacyjne.
Założyli na siebie plecaki. Grzegorz zamocował sztucer karabinkiem do kamizelki taktycznej. Miał tylko jeden magazynek, więc ich arsenał wyglądał raczej skromnie. Do tego straszak w postaci repliki P99, na który ktoś może się nabrać tylko po zmroku.
Gdy zeszli po drabince, Grzesiek otworzył właz i powiedział:
– Zaczekaj chwilkę. Wyjdę na zewnątrz i zrobię małe rozeznanie.
Chłopak przysiadł na metalowej skrzyni. Przez chwilę rozważał możliwość zatrzaśnięcia drzwi, jednak szybko skarcił się, bo właściciel na pewno potrafił dostać się do środka, zaś on sam, w razie czego, niekoniecznie potrafiłby wyjść. Nie minęło nawet pięć minut, gdy Grzegorz pojawił się w wejściu.
– Tak jak myślałem. Ciemno jak w dupie u murzyna – zaśmiał się. – Typowa, wrocławska noc. Mam gogle noktowizyjne, ale tylko jedne. To będzie mały test zaufania. Złapiesz mnie za taśmę od plecaka i będziesz szedł za mną, a ja będę ci o wszystkim mówił. Wystarczy, że oddalimy się na tyle, żeby twoi nie zdołali nas dorwać, a potem przeczekamy do rana.
– Nie możemy zapalić latarki? – pomysł z noktowizorem nie spodobał się Jaśkowi.
– Odpada. W takiej totalnej ciemności światło latarki będzie widoczne z bardzo daleka. Każdy pacan z noktowizorem będzie mógł sobie urządzić polowanie.
– A co z dzikimi zwierzętami?
– Wierzysz w te bajki o tygrysach?
– A co mam nie wierzyć? Były tygrysy w ZOO, teraz są na wolności.
– Tak, tak, ale to były stare tygrysy. Pozdychały już dawno temu. Zresztą pewnie z głodu, bo zwierzęta, które spędziły całe życie w ogrodach zoologicznych nie potrafią polować.
– Czy ta informacja pochodzi od tych twoich didżejów?
– Nie. To zdrowy rozsądek. Ruszajmy.
Opuścił na oczy gogle, odwrócił się tyłem i wyciągnął rękę z taśmą do Janka. Chłopak posłusznie złapał trok. Wyszli do śmierdzącego kanału, a następnie drabinką w górę i przez właz do ogrodu. Rzeczywiście wokół panowała całkowita czerń. Miasto nie posiadało swojego oświetlenia, a gruba warstwa nuklearnego pyłu stale zasłaniała gwiazdy i księżyc.
– Widzisz coś? – upewnił się Janek.
– Tak, tak, spokojnie. Idziemy powoli.
Poza ciemnością panowała także całkowita cisza. Nie wiał wiatr, nie ryczały dzikie zwierzęta. Jedynym dźwiękiem, który dobiegał do ich uszu był dźwięk ich własnych kroków. Jak bardzo by się nie starali, ciągle pod butami chrzęściły jakieś potłuczone cegły, połamane patyki czy wysuszona trawa.
– Co z tego, że nikt nas nie widzi, skoro słychać nas na kilometr – mamrotał pod nosem chłopak.
– Nie martw się. Ja widzę wszystko. Gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie, padamy na glebę i czekamy. Wokół nie ma żywej duszy.
Szli przez chwilę w ciszy zakłócanej odgłosami kroków. Janek czuł się jak niewidomy. Czuł potrzebę rozmawiania, by dodać sobie otuchy. Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach.
– Mówisz, że nigdy nie widziałeś tu dzikich zwierząt?
– Nie mówiłem, że nie widziałem. Kilka lat temu natknąłem się na niedźwiedzia. Był kompletnie zdezorientowany. Najwyraźniej wybudził się ze snu i pętał się pomiędzy domami w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Wiem, o co ci chodzi. Większość drapieżników, które wypuścili z ZOO już dawno pozdychało. Tygrysy i niedźwiedzie były najlepiej przystosowane do obecnych warunków klimatycznych, ale kompletnie nie dawały sobie rady ze zdobywaniem pokarmu.
– A mutanty?
– Co takiego? – Grzegorz aż zatrzymał się z wrażenia. W jego głosie wyraźnie słychać było rozbawienie. – Macie tam na dworcu jakiś księgozbiór, prawda? Naczytałeś się jakiś bzdur?
– Czytałem coś tam, ale akurat o mutantach opowiadał nam jeden kupiec.
– Ach tak? I co takiego mówił?
– Podobno większość ludzi, którzy do tej pory nie umarli, mają geny, które pozwalają im lepiej tolerować promieniowanie radioaktywne.
– To brzmi rozsądnie.
– Ten kupiec opowiadał o grupach ludzi żyjących w odosobnieniu, którzy w ewolucji posunęli się krok dalej, przystosowując się do warunków panujących obecnie na Ziemi. Ich skóra zrobiła się szara, jak wszystko, co nas otacza. Ich ciała są całkowicie pozbawione owłosienia. Mogą przebywać w obszarach, gdzie promieniowanie radioaktywne jest dużo, dużo wyższe. A w następstwie tych zmian ewolucyjnych, zaszły także zmiany w psychice. Są dużo bardziej skłonni do przemocy i nie odczuwają żadnego dyskomfortu związanego ze spożywaniem ludzkiego mięsa.
Grzegorz zaśmiał się cicho pod nosem, co Janek skwitował tylko machnięciem ręki.
– Wiesz, rzeczywiście ostatnie stulecie było bardzo szybkie, jeżeli chodzi o rozwój technologiczny, genetykę i zmiany w naturalnym środowisku. Byłbym skłonny uwierzyć w to, że faktycznie ci, którzy ocaleli, są bardziej odporni na promieniowanie, ale historyjki o kanibalach mutantach nie kupuję. Gdzie ten wasz gość ich widział?
– Mówił, że można już spotkać we Wrocławiu, bardziej na północy. Z innego źródła słyszałem o Porcie Miejskim.
– Port Miejski rzeczywiście jest niebezpiecznym miejscem, ale raczej z uwagi na szajki renegatów, w większości uciekinierów z zakładu karnego. O mutantach nigdy nie słyszałem. Nie wspominał o tym nawet żaden z didżejów.
– No widzisz, jacy oni doinformowani – zaszydził chłopak. – Co jest?
Grzegorz zatrzymał się, przykucnął i zamarł w tej pozycji. Zapanowała absolutna cisza. Janek poczuł, że serce telepie mu się w piersi jak szczur uwięziony w klatce.
– Co się stało? – szepnął.
– Dwóch ludzi, jakieś sto metrów przed nami. Nie widzę broni długiej. Wloką się jak paralitycy, więc pewnie nie mają noktowizorów tylko walą w ciemno. Odważni. Na szczęście nie idą w naszą stronę.
Obaj położyli się na ziemi i zamarli w nerwowym oczekiwaniu. Od strony obcych nie dochodziły żadne odgłosy rozmów. Najwyraźniej porozumiewali się szeptem, lub mieli jeszcze jakiś inny sposób, by nie rozłączyć się i nie pogubić w tych ciemnościach.
– Co teraz robią? – Janek nie potrafił się opanować. Gdyby chociaż mógł rzucić okiem… – Mogę spojrzeć przez gogle?
Grzesiek zawahał się przez chwilę. Chłopak mógł wykorzystać to, żeby uciec. Gdyby zabrał noktowizor i zaczął biec, prawdopodobnie nie dałoby się już nic zrobić. Strzelanie na ślepo nie wchodziło w grę, zwłaszcza, gdy w pobliżu byli jacyś nieznani ludzie. Zdjął gogle i podał Jankowi. Ten nie zakładając ich na głowę, przyłożył jedynie okulary do oczu. Ciemność zmieniła się w szerokie spektrum odcieni zieleni. Najciemniejszy kolor miało niebo i dalsze plany. To, co było najbliżej, było bardzo jasne. Dwie sylwetki majaczyły pomiędzy drzewami. Mężczyźni szli bardzo powoli, ale nie zbliżali się, ani nie oddalali. Zupełnie, jakby omijali ich szerokim łukiem.
– Może oni jednak mają noktowizor?
– Wtedy poruszaliby się znacznie sprawniej. Chyba, że są ranni. Tak czy siak, nie mam potrzeby poświęcać tej sprawie więcej uwagi. Teraz dawaj gogle.
Janek posłusznie oddał noktowizor. Usłyszał cichy dźwięk noża chowanego do pochwy. Wyczuł, że zaufanie Grzegorza jest jeszcze mocno wątłe.
– Też powinienem mieć nóż – szepnął. – Jestem w dużo gorszym położeniu. Ty jesteś górą, możesz mnie w każdej chwili sprzątnąć lub porzucić. Ja mogę ci tylko ufać.
– Nie obchodzi mnie twoje położenie. Jeszcze cztery godziny temu byłeś intruzem na mojej posesji i gdybym miał się czym bronić, nie miałbyś tyle szczęścia.
– Zabiłbyś człowieka?
– Nie próbuj mi wciskać ciemnoty, że wy byście mnie puścili wolno. Wydajesz się być w porządku, ale gdyby nie moja czujność, prawdopodobnie leżałbym z kulką w głowie w progu swojego bezpiecznego schronienia, a wy obżeralibyście się moimi konserwami. Czy zabiłbym człowieka? Zrobiłem to już. I zrobię nie raz. Choćby w chwili, gdy twoi dotrą do mojego bunkra.
– Zastawiłeś zasadzkę?
– Każdy, kto będzie próbował się tam dostać bez klucza uruchomi system samozniszczenia. Jeżeli system nie zostanie wyłączony tym pilotem – wskazał małe urządzenie przy kluczach – zarówno w bunkrze, jak i wokół niego, odpalone zostaną ładunki termitowe. Wszystko zostanie zniszczone, łącznie z tymi, którzy chcieli przyjść pożyczyć jajka i mąkę.
Janek zamilkł. Zastanawiał się, kto weźmie udział w napadzie. Na pewno Tomek i jego ojciec. Pewnie wezmą Czarnego, Chudego, może Łosia… Łosia lubił. Jego byłoby mu szkoda. Reszta była mu w sumie obojętna. Nawet Tomek, który wpakował go w tę całą kabałę i wyzywał go od tchórzy, gdy Janek próbował wykazywać zdrowy rozsądek.
– Może zatrzymamy się tutaj do rana? – zaproponował ziewając.
– Tamci dwaj już prawie zniknęli mi z pola widzenia. Chciałbym, abyśmy przekroczyli kładkę nad Odrą jeszcze przed świtem. To otwarty teren, doskonale widoczny z domów po drugiej stronie. Ktoś, widząc nasze plecaki i broń, mógłby chcieć wejść w posiadanie tych fantów.
Wstali i ruszyli dalej. Janek odczuwał już drgawki wywołane chłodem nocy i niewyspaniem, więc ucieszył się, że będzie mógł się rozruszać.
– Wracając do tych twoich mutantów – zaczął niespodziewanie Grzegorz – sądzę, że cofnęliśmy się do czasów mniej więcej średniowiecza. Nie wiem, jak mieszkacie wy, ale spędziłem wiele wieczorów w tym swoim ciemnych schronie, nasłuchując z niepokojem odgłosów z zewnątrz. Nie raz i nie dwa bałem się tak, jak nigdy wcześniej przed wojną. Sądzę, że do świadomości ludzkiej dochodzą jakieś pradawne lęki. Te same, które niepokoiły ludzi w ciemnych czasach. Nie zdziwiłbym się, gdybyś zapytał mnie zaraz o nuklearne czarownice.
– Więc już o nich słyszałeś? – Janek zaśmiał się cicho. – Ja tam w mutanty wierzę. To ma swoje naukowe podstawy. To ewolucja. Mój ojciec mówi, że ludzie bardzo łatwo adaptują się do najcięższych warunków. Uważa, że nasza adaptacja do życia w tym świecie, to nie tylko umiejętność zapolowania na dzikiego psa, ale także zdolność organizmu do obrony przed promieniowaniem. Ja sam uważam, że ci, którzy do tej pory nie umarli, muszą mieć w jakiś sposób lepsze geny.
– Jasne, ale szara skóra i kanibalizm to właśnie powrót strachu przed czarownicami, a nie żadna nauka.
Do mostu dotarli, gdy niebo miało już jaśniejszy odcień czerni niż ziemia. Grzegorz nie zrezygnował z noktowizji, by nie tracić przewagi nad ewentualnym agresorem, ale Jasiek był już w stanie dostrzec cokolwiek w promieniu paru metrów. Z daleka, nawet na środku mostu byliby zupełnie niewidoczni.
Nazywanie tej konstrukcji mostem było trochę na wyrost. Kładka musiała zostać przerzucona już po wojnie. Składała się z różnych rzeczy, ale na pewno nie z materiałów budowlanych. Był to zestaw lin stalowych rozmaitego sortu, z których dwie służyły jako poręcze, a do dwóch dolnych umocowany był wąski na jakieś pół metra chodnik, zrobiony z desek, metalowych kratek i innych surowców, uwiązanych do lin drutami. Ciężar własny konstrukcji powodował, że na środku niemal dotykała ona wody. Zapewne w chwilach, gdy Odra niosła ze sobą większe ilości śmieci, kładka poddawana była ciężkim próbom, a być może i ulegała uszkodzeniu. Dla Janka była to rzecz normalna. Grzegorz, który pamiętał jeszcze dawny Wrocław, odczuwał poważny niepokój.
– Myślałem cholera, że to będzie prawdziwy most.
– Co jest z nim nie tak? – zapytał chłopak. – Most jak most. Jest ciemno, przemkniemy się na drugi brzeg, oddalimy się od wału i walniemy w kimę w jakiejś ruderze.
– Nagle ci się tak lekko na duszy zrobiło? Nie próbuj żadnych numerów. Teraz mam broń i trzydziestu ołowianych kolesi, dla których twoje plecy to idealny cel podróży.
– Spokojnie. Myślałem, że znasz ten most. To przecież twoje okolice.
– Starałem się nie zapuszczać na południe. Okolice za Odrą cieszyły się przed wojną nie najlepszą sławą. Zresztą wszystko, czego potrzebowałem, znajdowałem w Parku Szczytnickim i na Sępolnie.
Zerwał się lekki wiaterek i kładka zaczęła się kiwać.
– Idzie załamanie pogody – mruknął chłopak. – Powinniśmy się pospieszyć.
– W porządku. Idziesz pierwszy. Poradzisz sobie?
– Jasne. Sporo już widać. Czekasz, aż przejdę, czy będziesz szedł za mną?
– Nie mam zaufania do tej kładki, ale jeszcze bardziej nie mam zaufania do ciebie. To co masz w plecaku jest dziś warte fortunę. Będę szedł dziesięć metrów za tobą i jeżeli spróbujesz jakiejś sztuczki, wpakuję ci kulę w łeb.
– To może jeszcze zapalimy dla rozgrzania się?
– Żar ostrzeże tych po drugiej stronie. Ruszaj.
Janek stanął na pierwszej desce i złapał się metalowych lin. Były zimne i wilgotne, a te lekkie drgania mostu na wietrze, które z daleka wyglądały bardzo niewinnie, szarpały linami tak, że niemal wyrywały się z rąk. Plecak ważył na oko z sześćdziesiąt kilogramów i był solidnie umocowany pasem biodrowym. Gdyby chłopak wpadł do wody, najprawdopodobniej poszedłby na dno jak worek kamieni. Kąpiel w Odrze sama w sobie była chyba niezbyt zdrowa, gdyż jej wody były silnie napromieniowane, no i Bóg wie, co jeszcze w nich było. Janek przeżegnał się. Było mu teraz wszystko jedno, ale na dworcu wciąż silnie trzymano się tradycji Chrześcijańskich. Wiara w tych trudnych czasach stanowiła znacznie solidniejsze podstawy niż materializm.
– Rozwidnia się – usłyszał za sobą nieprzyjemny szept. – Ruszaj, bo zaraz zapieje kur i snajperzy pójdą do roboty!
– W razie gdybym zginął wiedz, że przykro mi, że tak to wszystko wyszło.
– Już to mówiłeś. Zasuwaj, bo naprawdę zaraz ktoś nas podziurawi.
Jakby trudności było mało, z nieba lunął deszcz. Gęsty, rzęsisty i zimny. Dostawał się za kołnierz wiatrochronnej kurtki i spływał po plecach i ramionach. Mokre deski kładki zaczęły lśnić odbiciem stalowego nieba.
– Kurwa – szepnął Janek i postawił kolejny krok.
Kładka chwiała się jak dzika. Jego przemarznięte dłonie zaczęły momentalnie grabieć. Szczególnie, że na nich opierał głównie swój ciężar. Czuł, że gdyby tylko rozluźnił uścisk, pojedzie w dół i runie w mętne fale.
Akurat sobie postrzelasz, pomyślał i uśmiechnął się. Jednak powodów do radości miał niewiele. Okazja do ucieczki była żadna. Jedyną alternatywą do poddania się woli Grzegorza w tym momencie, była śmierć. Zresztą mało przyjemna śmierć topielca.
Po przebyciu dziesięciu metrów poczuł na kładce nowy ciężar. Mimo iż ten facet z tyłu był przerażony, dotrzymał słowa i ruszył za nim. Teraz pewnie przeklinał w duchu swój upór, bo szanse, że którykolwiek z nich dotrze na drugi brzeg były podobne, jakby przekraczali kładkę w biały dzień, pod czujnym okiem snajpera.
– Nie wolałbyś teraz siedzieć w swoim ciepłym schronie?
– A ty nie wolałbyś siedzieć pod dworcem? Oczywiście, że wolałbym swoje ciepłe schronienie, ale prawdopodobnie jest już usmażone wraz z twoimi kumplami.
Dotarli na dno. Poziom wody był tak wysoki, że gdyby usiedli na kładce i spuścili nogi, mogliby sobie umyć buty. Gdyby oczywiście zamoczenie czegoś w Odrze było równoznaczne z umyciem.
– Teraz będzie łatwiej! – zawołał Janek.
– Łatwiej, albo trudniej. Tak naprawdę chuj wie. Mi już łapy odpadają, a mam rękawice.
Rzeczywiście Grzegorz miał rękawice ze skóry i Nomexu, z obciętymi palcami, które chroniły dłonie przed rozmaitymi uszkodzeniami, ale pozwalały wykonywać precyzyjne prace.
– Jeżeli wyjdziemy z tego cało, sprezentuje ci je – dodał jeszcze.
Po chwili odpoczynku zaczęli wspinać się pod górę. Było łatwiej o tyle, że przy nachyleniu do przodu, środek ciężkości znajdował się w nieco dogodniejszym miejscu. Przyczepność butów pogorszyła się nieco. Schodząc z góry podeszwa stykała się całą powierzchnią z kładką. Gdy się wspinali, opierali się jedynie na przedniej części podeszwy, co groziło poślizgiem. Okazało się także, że jest już na tyle jasno, że Janek bez problemu dostrzegał detale linii brzegowej. Z ulgą stwierdził jednak, że nie widać na niej ani śladu życia.
– Nikogo tam nie ma – powiedział trochę do siebie.
– Jeżeli jest tam jakiś snajper, to właśnie takie wrażenie chce na tobie wywrzeć – strofował go głos z tyłu. – Ruszaj dupę młodzieńcze.
Dotarli na górę wyczerpani. Jeden legł obok drugiego i musieli złapać oddech, zanim mogli pomyśleć o ukryciu się, czy nawet odczepienia broni od plecaka. Jednak gdy tylko wrócił zdrowy rozsądek, obaj sturlali się z betonowej platformy, do której umocowane były liny mostu i ukryli się za konstrukcją z blachy falistej, która najwyraźniej służyła za tymczasowe mieszkanie budowniczym.
– Mam nadzieję, że nie ma tu ładunków termitowych – mruknął Janek.
Grzesiek udał, że nie słyszy. Uwolnił karabin i przeczołgał się do miejsca, z którego mógł obserwować wał i zabudowania. Przed długą chwilę milczał, po czym uśmiechnął się.
– A to gratka.
– Co jest?
– Przy tamtej drodze stoi wojskowy Honker. Nie wygląda na sprawnego, ale jest w dużo lepszym stanie niż te wszystkie graty na ulicach. Ktoś musiał nim jeździć długo po tym, jak oficjalnie skończyły się paliwa. Konkretnie wojsko. Może w środku będzie coś, co się nam przyda.
Chłopak nalegał, by odpoczęli trochę, ale Grzegorz już przelazł na drugą stronę ścieżki prowadzącej do mostu i ruszył w chaszcze.
– Zaczekaj!
Wysokie zarośla na terenach zalewowych utrudniały poruszanie się i uniemożliwiały jednoznaczne potwierdzenie, że zmierzają we właściwym kierunku. Jednak, gdy wydostali się z nich, okazało się, że znajdują się całkiem niedaleko od opuszczonego pojazdu. Teraz znacznie ostrożniej, obaj przebiegli schyleni do Honkera i ukryli się za nim. W pobliżu znajdowały się jakieś zabudowania, ale wyglądały na opuszczone.
Jasiek otworzył drzwi i rozejrzał się w szoferce.
– Nic.
– Zobacz na pace. Jeżeli wieźli broń, to chyba tam.
Z tyłu nie znaleźli broni. Były tam cztery kamizelki kuloodporne, które nosiły znamiona intensywnego użytkowania. Grzegorz wybrał dwie najmniej uszkodzone i rzucił na trawę.
– Zakładaj.
– Po co?
– Według Meme populacja Wrocławia liczy nieco więcej jak dziesięć tysięcy ludzi. Meme szacuje, że na terenie miasta w użyciu jest dwanaście tysięcy jednostek broni strzeleckiej. Jeżeli odejmiemy od tego starców, kobiety i dzieci, statystycznie każdy napotkany mężczyzna ma przy sobie dwie do trzech jednostek broni strzeleckiej. Ubieraj kamizelkę.
– Co to do chuja jest Meme?
– Jeden z najlepszych didżejów. Nadaje z okolicy Grabiszyńskiej. Ma bardzo profesjonalny sprzęt. Wielu na niego poluje, bo usilnie walczy z bandytyzmem.
– Wierzysz w jakiegoś Meme, a nie wierzysz mutanty?
– A ty wierzysz w mutanty, a nie wierzysz człowiekowi, który bardzo aktywnie uczestniczy w życiu miasta? To ja przesiedziałem dziesięć lat w schronie, czy ty?
– Oszczędzamy energię elektryczną. Coraz gorzej z paliwem.
Grześkowi zrobiło się żal chłopaka, ale tylko przez chwilę. Gdy ubrał wielką kamizelkę kuloodporną, wyglądał komicznie, jak wielki kafar z małymi rączkami i nóżkami. Te kamizelki musieli projektować na rosłych facetów. Dodatkowo płyty ceramiczne z przodu i z tyłu powiększały ich gabaryty.
Było już kompletnie jasno, gdy skończyli się ubierać. Narzucili plecaki, pozapinali wszystkie możliwe zapięcia, Grzegorz przytroczył karabin do linki tak, aby w każdej chwili mógł unieść lunetę do oka. Nigdy nie strzelał z broni długiej, zwłaszcza z użyciem celownika optycznego. Miał o tym jakieś blade pojęcie, ale jedynie teoretyczne. Zdawał sobie sprawę z tego, że celownik należy ustawić na konkretny dystans, a potem przy strzelaniu posługiwać się siatką celowniczą, obliczając różnicę w odległości i biorąc poprawkę na wiatr. Wiedział też, że broń należy czyścić, ale również było to dla niego czarną magią. Samo strzelanie nie powinno być trudne, gdyż Sajga była konstrukcją bliźniaczą do AK-47. Miała w tym samym miejscu bezpiecznik, ale można go było ustawić jedynie w dwóch pozycjach. Brakowało ognia ciągłego. Liczył, że wkrótce nadarzy się okazja, by mógł na spokojnie przyjrzeć się zdobyczy i rozgryźć jej obsługę.
– Pójdziemy jeszcze kawałek w te zabudowania, a potem zrobimy postój, zjemy coś i napijemy się kawy.
– Byłoby wspaniale – powiedział z rozmarzeniem Janek, który jeszcze nigdy nie pił kawy.
– Żołnierze! – odezwał się jakiś głos za ich plecami.
Fot. Pixabay.com
wtorek, 6 grudnia 2016
Reset (Bartosz Adamiak) - postapokalipsa w rytmie calypso
Dokąd zmierza nasz świat? Odpowiedź na to pytanie nurtuje niejednego. Borykamy się z coraz większymi problemami: agresja Rosji, ekspansja fundamentalizmu religijnego, kryzys Unii Europejskiej i w końcu powrót do nacjonalizmów, który zdaje się być efektem wszystkich wcześniej wymienionych czynników... Czy świat nieuchronnie zmierza ku zagładzie? Wszystko wskazuje na to, że tak.
Pisarze SF często sięgali po tematykę jaką jest upadek ludzkości. Brało się to przede wszystkim z lęków przed nowoczesnymi technologiami. Przerażenie budził atom. W 1957 roku Nevil Shute opisał zagładę ludzkości w książce "Ostatni brzeg". W czasach zimnej wojny nuklearna zagłada była często przywoływana jako przyczyna potencjalnego końca naszej cywilizacji (końca życia na ziemi - niekoniecznie). Setki książek, dziesiątki filmów i gier komputerowych dotykały już tego tematu, wskazując rozmaite zagrożenia takie jak tajemniczy wirus, zlodowacenie, sztuczna inteligencja czy asteroida (to ostatnie zresztą wydaje się bardzo prawdopodobne zważywszy, w jaki sposób skończyły dinozaury).
W powieści Reset czynnikiem wprowadzającym chaos jest kryzys gospodarczy wywołany tajemniczym incydentem, którego geneza nie zostaje wyjaśniona. Znikają wszystkie wirtualne pieniądze. Rozpoczyna się tzw. "run na banki". W ciągu kilku miesięcy świat pogrąża się w chaosie, a ludzkość pada na kolana i pozostaje w tej pozycji, by przyjmować kolejne ciosy, będące naturalnym następstwem załamania systemu.
Czy w tej ponurej wizji może znaleźć się miejsce na wino, kobiety i śpiew? Oczywiście nie ma. Ale natura nie znosi próżni. Zaraz znajdzie sobie jakiś czynnik ludzki. W tym przypadku zespół muzyczny Apo-Calypso (grający muzykę calipso), którego członkowie, oprócz balangowania, zmuszeni są walczyć o byt i przetrwanie.
piątek, 24 czerwca 2016
Mroczne czasy sprzyjają demonom
Mamy dziś szczególny dzień. Wczoraj Brytyjczycy zdecydowali o wyjściu ze struktur Unii Europejskiej.
Czy Brexit pomoże rozwiązać problemy Wielkiej Brytanii? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Wiadomo jednak, że za przykładem wyspiarzy mogą teraz pójść następni, co z kolei doprowadzi do całkowitego rozpadu Unii Europejskiej. Na pewno będzie to bardzo kosztowne przedsięwzięcie, które może pogrążyć Europę w gigantycznej depresji na wiele lat. Cieszy się Putin. Cieszą się Chińczycy i Turcy. I pewnie każdy, kto źle życzy Europie.
Historia pokazuje nam, że ciężkie czasy sprzyjają wszelkim demagogom i radykałom. Dwa największe totalitaryzmy XX wieku zrodziły się właśnie w ciężkich czasach. Gdy otacza nas mrok i pojawia się człowiek, który wprowadza prosty, czarno-biały podział i proponuje łatwe, radykalne rozwiązanie, istnieje pokusa, żeby za nim podążyć. Czasem bez względu na cenę, jaką trzeba będzie zapłacić.
Ciężkie czasy i szemrani liderzy będą także tłem mojej powieści Reset. Sama historia będzie mocno przygodowa i momentami zabawna, ale właśnie za background służyć będzie post-apokaliptyczny, mroczny świat, w którym do głosu dochodzą ekstremiści, szaleńcy i nihiliści. Ci ostatni zresztą nie widząc sensu w dalszej egzystencji świata, będą prowadzili regularną rozwałkę.
Nie wiem dlaczego, ale Brexit bardzo mocno skojarzył mi się ze światem mojej książki.
Czy Brexit pomoże rozwiązać problemy Wielkiej Brytanii? Trudno jednoznacznie powiedzieć. Wiadomo jednak, że za przykładem wyspiarzy mogą teraz pójść następni, co z kolei doprowadzi do całkowitego rozpadu Unii Europejskiej. Na pewno będzie to bardzo kosztowne przedsięwzięcie, które może pogrążyć Europę w gigantycznej depresji na wiele lat. Cieszy się Putin. Cieszą się Chińczycy i Turcy. I pewnie każdy, kto źle życzy Europie.
Historia pokazuje nam, że ciężkie czasy sprzyjają wszelkim demagogom i radykałom. Dwa największe totalitaryzmy XX wieku zrodziły się właśnie w ciężkich czasach. Gdy otacza nas mrok i pojawia się człowiek, który wprowadza prosty, czarno-biały podział i proponuje łatwe, radykalne rozwiązanie, istnieje pokusa, żeby za nim podążyć. Czasem bez względu na cenę, jaką trzeba będzie zapłacić.
Ciężkie czasy i szemrani liderzy będą także tłem mojej powieści Reset. Sama historia będzie mocno przygodowa i momentami zabawna, ale właśnie za background służyć będzie post-apokaliptyczny, mroczny świat, w którym do głosu dochodzą ekstremiści, szaleńcy i nihiliści. Ci ostatni zresztą nie widząc sensu w dalszej egzystencji świata, będą prowadzili regularną rozwałkę.
Nie wiem dlaczego, ale Brexit bardzo mocno skojarzył mi się ze światem mojej książki.
piątek, 11 września 2015
Moje własne miasto cz. 2
Janek wstał i otrzepał kurz z softshella w barwach maskujących. Sam nie wiedział, po co to zrobił, ale dzięki temu poczuł się nieco pewniej. Ominął wrak i powolnym krokiem ruszył w stronę bunkra, nie spuszczając wzroku ze stalowych wrót. Były nieco mniejsze niż zwyczajne drzwi, ale wyglądały bardzo solidnie. Na wysokości oczu znajdowała się pancerna szyba, lub kilka pancernych szyb, pomiędzy które powkładano folię uniemożliwiającą patrzenie z zewnątrz. Zwyczajne lustro weneckie. Żeby zadziałało, w środku musiało być ciemno, a na zewnątrz jasno. Nad drzwiami, za pancerną szybą zbrojoną prętami znajdowała się wąska listwa LED skierowana wprost na osobę stojącą przy włazie. Oczywiście teraz się nie paliły, by nie zdradzać pozycji schronu, ale zapewne osoba w środku mogła zapalić światło, by zidentyfikować tego na zewnątrz.
Ktoś tu naprawdę nieźle się urządził, pomyślał Janek zatrzymując się przed samymi drzwiami. Nie było dzwonka ani kołatki. Najwyraźniej nikt nie pomyślał o tym, że po wojnie atomowej ludzie będą przychodzić do siebie z odwiedzinami. To oczywiście zły znak, bo ten w środku może właśnie obserwuje go teraz ściskając w rękach AK47 lub coś równie śmiercionośnego.
Chciał obejrzeć się za siebie, by upewnić się, że Tomek jest na swoim stanowisku gotowy do strzału, ale nie chciał też zdradzić się. I tak czuł, że po jego czole spływają kolejne krople potu. Prawe ucho na strzał, lewe na „wstrzymaj się”, powtórzył jeszcze w myślach i uderzył głośno trzy razy pięścią we wrota. Te zadudniły zaskakująco cicho. Warstwa stali, duraluminium, czy czego tam, byłą naprawdę gruba. Drzwi łączyły się ze ścianą jedynie zawiasem, a wszędzie naokoło musiała znajdować się solidna uszczelka, która dodatkowo tłumiła dźwięk.
Cholera, nic z tego nie będzie, nie usłyszy mnie, pomyślał i ponownie uderzył trzy razy. Odczekał chwilę, odwrócił się i wzruszył ramionami na znak, że nie wie, co się dzieje. Obecność Tomka zdradzała jedynie para z oddechu, unosząca się nad rdzewiejącym dachem. Już miał ruszyć w przód, gdy nagle poczuł na swojej skroni coś twardego.
– Nie waż się ruszyć dupku – usłyszał niski, chrapliwy głos. – Rozwalę ci łeb zanim ten drugi pedzio zdąży w ogóle dostrzec mnie w tym mroku. A może ma noktowizor? Co? Jak zamierzaliście mnie załatwić spryciarze?
– Ch... chyba nie, proszę pana. Chcieliśmy tylko zapytać o drogę.
– O drogę? To po co ten pajac siedzi tam i celuje w nas? Wychodź złamasie! - zawołał. - Albo zmienię mózg twojego kolesia w krwawą papkę!
Tomek skamieniał.
– Osz kur...
Dopiero teraz dostrzegł ubranego na czarno mężczyznę stojącego obok Janka, z pistoletem przyłożonym do jego głowy. Facet musiał być mistrzem kamuflażu. Musiał zaczaić się na nich na zewnątrz. Może mieli pecha, a może... śledził ich? Może wypatrzył ich na jakieś otwartej przestrzeni, na Moście Grunwaldzkim i podążał za nimi, a gdy odkryli jego kryjówkę...
– Liczę do trzech! Wyjdź przed samochód i rzuć tę spluwę.
Tomek wstał unosząc karabin wysoko nad głowę. Bił się z myślami. Jeżeli podda się, już są martwi, nikt nawet nie dowie się o ich losie. To się nie może tak skończyć. Wyszedł przed wrak czując, jak kolana robią mu się miękkie. Odpiął sztucer od zawieszenia taktycznego, położył na ziemi i wyprostował się.
– Teraz chodź tu! – mężczyzna zaczął majstrować coś przy włazie do bunkra.
Chwila jego nieuwagi wystarczyła Tomkowi, by ten zerwał się do ucieczki. Przesadził maskę samochodu i nisko, przy ziemi ruszył w kierunku drzew, od których dzieliło go raptem kilkadziesiąt metrów.
– Stój! Bo strzelam!
Zignorował wołanie. Wiedział, że to jedyna szansa. Janek jest już martwy, ale on dotrze do domu i powie wszystkim, co się stało. Wrócą tu za parę godzin w większej liczbie, złapią tego faceta żywcem i oberżną mu łeb nożem. Może nawet uda się uratować młodego. Strzały nie padały. Mężczyzna nie krzyczał już więcej. Tomek przedzierał się przez las w stronę delikatnie rysującej się na tle szarego nieba iglicy Hali Stulecia. Mimo oddalania się od tego przeklętego domu nadal nie czuł się bezpiecznie. Wyciągnął więc z pochwy zawieszonej na udzie duży nóż myśliwski, którym zwykle sprawiał zwierzynę. W ostateczności mógłby się tym obronić jakoś przed dzikiem czy psem.
Janek stał z rękami splecionymi za głową. Mężczyzna nie spuszczając go z muszki poszedł w kierunku leżącego na ziemi karabinu. Podniósł go i wrócił do otwartych drzwi bunkra popychając chłopaka do wnętrza.
– No toście kurwa nawarzyli bigosu – mruknął niezadowolony zamykając drzwi.
Z ciemnego przedsionka weszli do słabo oświetlonej komory mieszkalnej. Była dość przestronna i utrzymana w porządku. Z jednej strony znajdowały się dwa łóżka polowe, z drugiej biurko, krzesło, jakieś szafki, fotel i sporej wielkości biblioteczka zastawiona książkami. Nie było telewizora i poza radiem właściwie trudno było doszukać się jakichkolwiek innych luksusów. Od pomieszczenia odchodziły drzwi oznaczone jako „wc”, drugie opisane złażącą farbą jako spiżarnia, oraz niewielka klapa w podłodze.
Mężczyzna widząc, że Janek przygląda się włazowi wytłumaczył:
– Studnia głębinowa oraz aparatura do uzdatniania wody. Siadaj.
Związał mu ręce z tyłu plastikową trytką.
– Jesteś głodny?
– Tak.
Mężczyzna położył swojego Walthera P99 na biurku. Karabin schował do szafki zamykanej na klucz i zniknął za drzwiami spiżarni. Janek od razu zaczął kombinować. Wziąłby pistolet, ale jak miałby strzelać z rękami do tyłu? Musiałby najpierw uwolnić dłonie. Szarpnął mocno kilka razy. Trytka była solidna. Jedynym efektem było mocniejsze wpicie się plastiku w nadgarstek, co zaowocowało bólem. Nic z tego. Poza tym słyszał już kroki powracającego mężczyzny.
– Zjemy kolację i musimy się zbierać.
– Zbierać? Dokąd?
Przeszyła go zimna myśl. Nikt nie zabija we własnym mieszkaniu. Wyprowadzi go gdzieś na jakieś pustkowie, palnie w tył głowy i zostawi zwłoki, żeby zwabić dzikie psy. Na Dworcu tak właśnie postępowano ze skazańcami, dzięki czemu zawsze w pobliżu dworca PKS kręciły się jakieś watahy.
– Niech pan mnie nie zabija. Proszę – wyrzucił z siebie spontanicznie chłopak. Wcześniej obiecywał sobie, że nigdy nie będzie błagał o litość, jednak teraz, w obliczu śmierci, wszystko wyglądało inaczej.
– Nie zamierzam cię zabić. Potrzebuję ciebie jako tragarza. Mam sporo gratów do ewakuacji, a twoi będą tu pewnie lada moment. Gdzie mieszkacie? Rynek? Niskie Łąki?
– Dworzec Główny. Nic panu nie zrobimy. Nasza komuna jest bardzo pokojowa...
– Życie tu nauczyło mnie jednego: o niczym nie przekonywać się na własnej skórze. Siedziałem tu sobie cicho nikomu nie wadząc, aż zjawiacie się wy, dwaj gówniarze z kałachem...
– To Sajga. Sztucer myśliwski. Wygląda tak samo, ale nie może strzelać ogniem ciągłym.
Mężczyzna postawił na biurku plastikowy kosz, w którym znajdowało się jedzenie. Wyjął dwie konserwy, sztućce i kiwnął chłopakowi, żeby podszedł.
– Uwolnię ci ręce, żebyś zjadł jak człowiek. Nie myśl, że jestem bestią.
– Dlaczego nie zastrzelił pan Tomka? Nie musiałby pan teraz uciekać?
– Ta spluwa to replika. ASG.
– Co? – Janek mało nie zadławił się śliną. – Sterroryzował nas pan zabawką?
– To raczej wy daliście się sterroryzować zabawką – zaśmiał się pod nosem rozcinając tytkę. – Smacznego. Nie jest to najlepsze żarcie, choć może po prostu mi już zbrzydło.
Była to mielonka. Prawdziwy rarytas. Trochę przeterminowana, ale po otwarciu wyglądała i pachniała wspaniale.
– No to gadaj. Coś za jeden.
– Nazywam się Janek. Mieszkamy w podziemiach Dworca Głównego. Nie wiem, co pan chce jeszcze wiedzieć.
– Ile masz lat?
– Szesnaście.
– Pamiętasz świat przed wojną?
– Trochę. Jakieś pojedyncze zdarzenia, miejsca. Pamiętam wakacje u dziadków w Nowej Soli – chłopak zawiesił się z widelcem w połowie drogi. – Najbardziej pamiętam ostatnie dni.
– Ostatnie dni miasta?
– Mieliśmy uciekać pociągiem. Ja, moja siostra i moi rodzice. Na dworcu były tłumy ludzi. Pociągi nie przyjeżdżały już do Wrocławia, a jedynie opuszczały go wypełnione po brzegi ludźmi. Osobowe i towarowe. Wiedzieliśmy już wtedy, że Warszawa zniknęła z powierzchni ziemi. Ja jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, ale pamiętam jak dziś atmosferę tamtego dnia. Bałem się jak cholera.
– Cóż, nie dziwię się.
– Trzymałem mamę mocno za rękę i bałem się, że zgubię się w tłumie. Udało nam się załadować do jakiegoś pociągu, ale zanim ruszył, do maszynisty podbiegł jakiś żołnierz i coś mu powiedział. Okazało się, że rosyjscy dywersanci wysadzili wszystkie tory kolejowe wychodzące z miasta. Nie mogliśmy opuścić dworca. Podobno pociąg, który odjechał pół godziny wcześniej, rozbił się, wjeżdżając z ogromną prędkością na wysadzone tory. Zginęło mnóstwo ludzi.
– Co było potem?
– Koczowaliśmy na dworcu przez parę tygodni w nadziei, że ktoś przyjdzie i nam pomoże, ale z dnia na dzień nabieraliśmy pewności, że to nie nastąpi – chłopak sięgnął po butelkę wody z pytającym wzrokiem.
– Śmiało.
– Dziękuję. Stało się jasne, że państwo nie istnieje. Nie ma władzy, nie ma urzędników ani urzędów, nie ma policji ani wojska. Nawet jeżeli ktoś miał mundur, nie oznaczało to, że może udzielić pomocy. Wielokrotnie słyszało się opowieści o tym, jak uzbrojeni żołnierze wykorzystywali swoją uprzywilejowaną pozycję, by zagarnąć czyjś dobytek, zapasy żywności czy nawet broń. Wtedy jeszcze okradano ludzi z pieniędzy i kosztowności. Kupa śmiechu.
– Tak. Czasy zrobiły się dziwne – przyznał mężczyzna.
– A pan?
– Cóż... nie widzę powodu, by utrzymywać cokolwiek w sekrecie, choć jak sądzę, moja historia będzie dla ciebie mocno rozczarowująca.
Odkręcił butelkę wody i solidnie przepłukał gardło po mielonce.
– Mam amnezję. Prawdopodobnie musiałem mieć jakiś wypadek. Pamiętam dużo rzeczy z mojego dawnego życia. Mój dom, rodzinę, pracę... potem czarna dziura, a potem jestem tutaj, w tym schronie, z obandażowaną głową. Ktoś musiał mnie tu przywlec i opatrzyć. Jednak nigdy nie poznałem swojego wybawcy. Możesz mówić mi Grzesiek. Mam te trzydzieści parę lat, no prawie czterdzieści, ale tutaj, dzisiaj to chyba już nie ma znaczenia.
– Okej Grzesiek. Bardzo mi przykro, że próbowaliśmy napaść na twój bunkier. Tomek jest trochę porywczy. Bardzo chce udowodnić swoją wartość w grupie.
– Taki wiek. Palisz?
– Ma pan... to znaczy masz papierosy?
– Ten bunkier był bardzo solidnie wyposażony. Jego właściciel musiał włożyć tu naprawdę dużo kasy. Jeżeli był to mój wybawiciel i tak zupełnie bezinteresownie przyniósł mnie tu wiedząc, że traci połowę zasobów, czyli w zasadzie skraca o połowę czas, w jakim można tu bytować, to musiał to być niesamowity człowiek.
– Dużo o nim myślisz, co?
– Nie sposób o tym nie myśleć – Grzegorz otworzył nowiutką paczkę czerwonych setek Marlboro i poczęstował Janka. – Masz, chyba mamy poważniejsze problemy niż rak.
Zapalili papierosy. Gospodarz bunkra wstał i wcisnął jakiś guzik na konsoli znajdującej się pomiędzy włazami do pozostałych pomieszczeń. U góry odezwała się dmuchawa, która zaczęła wyciągać dym.
– To absurd, że ten bunkier, w którym przeżyłem dziesięć lat, a i przeżyłbym kolejne dziesięć, wybudował jakiś niepoprawny palacz. Prawdopodobnie pewnego dnia skończyłyby mu się fajki i palnąłby sobie w łeb.
Zaśmiali się.
– Jak sobie radziłeś sam?
– To chyba kwestia charakteru. Ja mam taki, że mogę żyć bez towarzystwa. Poza tym mam to – wskazał radio z wyprowadzonymi na zewnątrz kablami i dodatkowymi układami scalonymi. – Moje okno na świat. Ściągam tym wszystkich nadawaczy z okolic. Oczywiście sam nigdy się nie ujawniałem.
– Tomek mówił, że te audycje to ściema, że ci faceci nie wiedzą nic, tylko ciągle wymyślają jakieś sensacje, by puszczano ich słowa dalej.
– Bez przesady. To nie czasy przedwojenne. Słucham ich od lat i ich informacje bywają naprawdę nudne. Zwykle podają prognozy pogody, które są bardzo trafne.
– Cóż, przez pierwsze pięć lat była zima i noc, a teraz mamy permanentną jesień. Nie trzeba chyba być jakimś szczególnym geniuszem?
– Musisz ich kiedyś posłuchać. Niejaki Ramol, nadaje gdzieś z okolic centrum, jest naprawdę zabawny. W dodatku posiada chyba swój własny monitoring, bo jego wzrok obejmuje większą część rynku. Może to jakiś dawny strażnik miejski. Relacjonuje wszystkie burdy jakby to były mecze piłkarskie. Czasem lubię otworzyć sobie piwko i posłuchać.
Janek spochmurniał.
– Musiałeś tu wieść naprawdę fajne życie, a my ci je spapraliśmy. Nie chcesz dogadać się z moimi i przenieść się na Główny? Tam jest bardzo bezpiecznie. Mamy broń.
– Właśnie tego się obawiam. Stanowicie zamkniętą społeczność, a dziś człowiek człowiekowi wilkiem. Powiedz mi, czy przyjęliście ostatnio kogoś nowego pod dach?
Chłopak zastanawiał się przez chwilkę obserwując dym leniwie snujący się w stronę wyciągów. Ostatni obcy to był ten handlarz obwoźny, którego wpuścili do środka, a on próbował ukraść im broń i porwać jedną z dziewczyn. Obdarli go żywcem ze skóry, a potem spalili. To było jakieś trzy lata temu.
– Jeżeli tylko zgodzisz się respektować pewne zasady...
– Czy bardzo się pomylę jeżeli powiem, że nie przypominasz sobie przypadku, że przyjęliście kogoś pod dach? - Grzegorz nie ustępował.
– Jesteśmy bardzo ostrożni. Na pewno miałbyś jakiś okres próbny i pewnie ograniczono by ci swobodę.
– Jak już powiedziałem wcześniej, nie chcę się o niczym przekonywać na własnej skórze. Jest mi ona droga i pragnę ją zachować na sobie.
– To co zrobisz? I co ze mną?
– Spakujemy manatki i spróbujemy wyjść z miasta. W Karkonoszach są schronienia, do których uciekali ludzie z miast. Jest tam dużo ludzi, na pewno ustanowili jakieś cywilizowane prawo, może jakąś namiastkę państwa. Jeżeli chodzi o ciebie, to na pewno nie wrócisz na swój pieprzony dworzec. Możesz iść ze mną, lub... innego wyjścia nie ma. Nie wpakuję ci kulki w łeb, ani nie zostawię przywiązanego do drzewa. Masz jeszcze chwilę, by to sobie przemyśleć. Gdy opuścimy schron muszę mieć do ciebie pełne zaufanie. Mógłbym cię związać i zostawić tutaj, ale wtedy wezmę o połowę zapasów mniej, a ty nie masz gwarancji przeżycia, bo może okaże się, że nie uda im się odnaleźć schronu, albo przyjdą i podpalą wszystko w cholerę...
Nastała krępująca cisza. Janek dałby wszystko, by wrócić na dworzec. Tylko tam czuł się w pełni bezpiecznie. Przeżył tam ponad połowę swojego życia. Miał tam rodzinę, znajomych, swoje miejsce w hierarchii z perspektywami na to, że lada dzień zostanie myśliwym. Wyruszając w drogę z tym obcym facetem mógł spodziewać się wszystkiego. Na dobrą sprawę to, co usłyszał tego wieczora mogło okazać się stekiem kłamstw. Łącznie z tą gadką o zabawkowym pistolecie. Może gdy tylko opuszczą metalową przestrzeń, która jest śmiertelną pułapką dla tego, który spróbuje w niej strzelać, jego życie niespodziewanie przerwie kula rozrywająca potylicę?
– Chyba rzeczywiście nie mam wyboru – powiedział ponuro.
– Chcę to usłyszeć. Gramy w jednej drużynie? Nie będzie żadnych numerów?
– Tak. Gramy w jednej drużynie i nie będę próbował uciekać, ani cię zabić.
– Zuch chłopak. I pamiętaj, że ty dostaniesz zabawkowego gnata, a ja będę miał tę armatę, którą mi sprezentowaliście.
Ktoś tu naprawdę nieźle się urządził, pomyślał Janek zatrzymując się przed samymi drzwiami. Nie było dzwonka ani kołatki. Najwyraźniej nikt nie pomyślał o tym, że po wojnie atomowej ludzie będą przychodzić do siebie z odwiedzinami. To oczywiście zły znak, bo ten w środku może właśnie obserwuje go teraz ściskając w rękach AK47 lub coś równie śmiercionośnego.
Chciał obejrzeć się za siebie, by upewnić się, że Tomek jest na swoim stanowisku gotowy do strzału, ale nie chciał też zdradzić się. I tak czuł, że po jego czole spływają kolejne krople potu. Prawe ucho na strzał, lewe na „wstrzymaj się”, powtórzył jeszcze w myślach i uderzył głośno trzy razy pięścią we wrota. Te zadudniły zaskakująco cicho. Warstwa stali, duraluminium, czy czego tam, byłą naprawdę gruba. Drzwi łączyły się ze ścianą jedynie zawiasem, a wszędzie naokoło musiała znajdować się solidna uszczelka, która dodatkowo tłumiła dźwięk.
Cholera, nic z tego nie będzie, nie usłyszy mnie, pomyślał i ponownie uderzył trzy razy. Odczekał chwilę, odwrócił się i wzruszył ramionami na znak, że nie wie, co się dzieje. Obecność Tomka zdradzała jedynie para z oddechu, unosząca się nad rdzewiejącym dachem. Już miał ruszyć w przód, gdy nagle poczuł na swojej skroni coś twardego.
– Nie waż się ruszyć dupku – usłyszał niski, chrapliwy głos. – Rozwalę ci łeb zanim ten drugi pedzio zdąży w ogóle dostrzec mnie w tym mroku. A może ma noktowizor? Co? Jak zamierzaliście mnie załatwić spryciarze?
– Ch... chyba nie, proszę pana. Chcieliśmy tylko zapytać o drogę.
– O drogę? To po co ten pajac siedzi tam i celuje w nas? Wychodź złamasie! - zawołał. - Albo zmienię mózg twojego kolesia w krwawą papkę!
Tomek skamieniał.
– Osz kur...
Dopiero teraz dostrzegł ubranego na czarno mężczyznę stojącego obok Janka, z pistoletem przyłożonym do jego głowy. Facet musiał być mistrzem kamuflażu. Musiał zaczaić się na nich na zewnątrz. Może mieli pecha, a może... śledził ich? Może wypatrzył ich na jakieś otwartej przestrzeni, na Moście Grunwaldzkim i podążał za nimi, a gdy odkryli jego kryjówkę...
– Liczę do trzech! Wyjdź przed samochód i rzuć tę spluwę.
Tomek wstał unosząc karabin wysoko nad głowę. Bił się z myślami. Jeżeli podda się, już są martwi, nikt nawet nie dowie się o ich losie. To się nie może tak skończyć. Wyszedł przed wrak czując, jak kolana robią mu się miękkie. Odpiął sztucer od zawieszenia taktycznego, położył na ziemi i wyprostował się.
– Teraz chodź tu! – mężczyzna zaczął majstrować coś przy włazie do bunkra.
Chwila jego nieuwagi wystarczyła Tomkowi, by ten zerwał się do ucieczki. Przesadził maskę samochodu i nisko, przy ziemi ruszył w kierunku drzew, od których dzieliło go raptem kilkadziesiąt metrów.
– Stój! Bo strzelam!
Zignorował wołanie. Wiedział, że to jedyna szansa. Janek jest już martwy, ale on dotrze do domu i powie wszystkim, co się stało. Wrócą tu za parę godzin w większej liczbie, złapią tego faceta żywcem i oberżną mu łeb nożem. Może nawet uda się uratować młodego. Strzały nie padały. Mężczyzna nie krzyczał już więcej. Tomek przedzierał się przez las w stronę delikatnie rysującej się na tle szarego nieba iglicy Hali Stulecia. Mimo oddalania się od tego przeklętego domu nadal nie czuł się bezpiecznie. Wyciągnął więc z pochwy zawieszonej na udzie duży nóż myśliwski, którym zwykle sprawiał zwierzynę. W ostateczności mógłby się tym obronić jakoś przed dzikiem czy psem.
Janek stał z rękami splecionymi za głową. Mężczyzna nie spuszczając go z muszki poszedł w kierunku leżącego na ziemi karabinu. Podniósł go i wrócił do otwartych drzwi bunkra popychając chłopaka do wnętrza.
– No toście kurwa nawarzyli bigosu – mruknął niezadowolony zamykając drzwi.
Z ciemnego przedsionka weszli do słabo oświetlonej komory mieszkalnej. Była dość przestronna i utrzymana w porządku. Z jednej strony znajdowały się dwa łóżka polowe, z drugiej biurko, krzesło, jakieś szafki, fotel i sporej wielkości biblioteczka zastawiona książkami. Nie było telewizora i poza radiem właściwie trudno było doszukać się jakichkolwiek innych luksusów. Od pomieszczenia odchodziły drzwi oznaczone jako „wc”, drugie opisane złażącą farbą jako spiżarnia, oraz niewielka klapa w podłodze.
Mężczyzna widząc, że Janek przygląda się włazowi wytłumaczył:
– Studnia głębinowa oraz aparatura do uzdatniania wody. Siadaj.
Związał mu ręce z tyłu plastikową trytką.
– Jesteś głodny?
– Tak.
Mężczyzna położył swojego Walthera P99 na biurku. Karabin schował do szafki zamykanej na klucz i zniknął za drzwiami spiżarni. Janek od razu zaczął kombinować. Wziąłby pistolet, ale jak miałby strzelać z rękami do tyłu? Musiałby najpierw uwolnić dłonie. Szarpnął mocno kilka razy. Trytka była solidna. Jedynym efektem było mocniejsze wpicie się plastiku w nadgarstek, co zaowocowało bólem. Nic z tego. Poza tym słyszał już kroki powracającego mężczyzny.
– Zjemy kolację i musimy się zbierać.
– Zbierać? Dokąd?
Przeszyła go zimna myśl. Nikt nie zabija we własnym mieszkaniu. Wyprowadzi go gdzieś na jakieś pustkowie, palnie w tył głowy i zostawi zwłoki, żeby zwabić dzikie psy. Na Dworcu tak właśnie postępowano ze skazańcami, dzięki czemu zawsze w pobliżu dworca PKS kręciły się jakieś watahy.
– Niech pan mnie nie zabija. Proszę – wyrzucił z siebie spontanicznie chłopak. Wcześniej obiecywał sobie, że nigdy nie będzie błagał o litość, jednak teraz, w obliczu śmierci, wszystko wyglądało inaczej.
– Nie zamierzam cię zabić. Potrzebuję ciebie jako tragarza. Mam sporo gratów do ewakuacji, a twoi będą tu pewnie lada moment. Gdzie mieszkacie? Rynek? Niskie Łąki?
– Dworzec Główny. Nic panu nie zrobimy. Nasza komuna jest bardzo pokojowa...
– Życie tu nauczyło mnie jednego: o niczym nie przekonywać się na własnej skórze. Siedziałem tu sobie cicho nikomu nie wadząc, aż zjawiacie się wy, dwaj gówniarze z kałachem...
– To Sajga. Sztucer myśliwski. Wygląda tak samo, ale nie może strzelać ogniem ciągłym.
Mężczyzna postawił na biurku plastikowy kosz, w którym znajdowało się jedzenie. Wyjął dwie konserwy, sztućce i kiwnął chłopakowi, żeby podszedł.
– Uwolnię ci ręce, żebyś zjadł jak człowiek. Nie myśl, że jestem bestią.
– Dlaczego nie zastrzelił pan Tomka? Nie musiałby pan teraz uciekać?
– Ta spluwa to replika. ASG.
– Co? – Janek mało nie zadławił się śliną. – Sterroryzował nas pan zabawką?
– To raczej wy daliście się sterroryzować zabawką – zaśmiał się pod nosem rozcinając tytkę. – Smacznego. Nie jest to najlepsze żarcie, choć może po prostu mi już zbrzydło.
Była to mielonka. Prawdziwy rarytas. Trochę przeterminowana, ale po otwarciu wyglądała i pachniała wspaniale.
– No to gadaj. Coś za jeden.
– Nazywam się Janek. Mieszkamy w podziemiach Dworca Głównego. Nie wiem, co pan chce jeszcze wiedzieć.
– Ile masz lat?
– Szesnaście.
– Pamiętasz świat przed wojną?
– Trochę. Jakieś pojedyncze zdarzenia, miejsca. Pamiętam wakacje u dziadków w Nowej Soli – chłopak zawiesił się z widelcem w połowie drogi. – Najbardziej pamiętam ostatnie dni.
– Ostatnie dni miasta?
– Mieliśmy uciekać pociągiem. Ja, moja siostra i moi rodzice. Na dworcu były tłumy ludzi. Pociągi nie przyjeżdżały już do Wrocławia, a jedynie opuszczały go wypełnione po brzegi ludźmi. Osobowe i towarowe. Wiedzieliśmy już wtedy, że Warszawa zniknęła z powierzchni ziemi. Ja jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, ale pamiętam jak dziś atmosferę tamtego dnia. Bałem się jak cholera.
– Cóż, nie dziwię się.
– Trzymałem mamę mocno za rękę i bałem się, że zgubię się w tłumie. Udało nam się załadować do jakiegoś pociągu, ale zanim ruszył, do maszynisty podbiegł jakiś żołnierz i coś mu powiedział. Okazało się, że rosyjscy dywersanci wysadzili wszystkie tory kolejowe wychodzące z miasta. Nie mogliśmy opuścić dworca. Podobno pociąg, który odjechał pół godziny wcześniej, rozbił się, wjeżdżając z ogromną prędkością na wysadzone tory. Zginęło mnóstwo ludzi.
– Co było potem?
– Koczowaliśmy na dworcu przez parę tygodni w nadziei, że ktoś przyjdzie i nam pomoże, ale z dnia na dzień nabieraliśmy pewności, że to nie nastąpi – chłopak sięgnął po butelkę wody z pytającym wzrokiem.
– Śmiało.
– Dziękuję. Stało się jasne, że państwo nie istnieje. Nie ma władzy, nie ma urzędników ani urzędów, nie ma policji ani wojska. Nawet jeżeli ktoś miał mundur, nie oznaczało to, że może udzielić pomocy. Wielokrotnie słyszało się opowieści o tym, jak uzbrojeni żołnierze wykorzystywali swoją uprzywilejowaną pozycję, by zagarnąć czyjś dobytek, zapasy żywności czy nawet broń. Wtedy jeszcze okradano ludzi z pieniędzy i kosztowności. Kupa śmiechu.
– Tak. Czasy zrobiły się dziwne – przyznał mężczyzna.
– A pan?
– Cóż... nie widzę powodu, by utrzymywać cokolwiek w sekrecie, choć jak sądzę, moja historia będzie dla ciebie mocno rozczarowująca.
Odkręcił butelkę wody i solidnie przepłukał gardło po mielonce.
– Mam amnezję. Prawdopodobnie musiałem mieć jakiś wypadek. Pamiętam dużo rzeczy z mojego dawnego życia. Mój dom, rodzinę, pracę... potem czarna dziura, a potem jestem tutaj, w tym schronie, z obandażowaną głową. Ktoś musiał mnie tu przywlec i opatrzyć. Jednak nigdy nie poznałem swojego wybawcy. Możesz mówić mi Grzesiek. Mam te trzydzieści parę lat, no prawie czterdzieści, ale tutaj, dzisiaj to chyba już nie ma znaczenia.
– Okej Grzesiek. Bardzo mi przykro, że próbowaliśmy napaść na twój bunkier. Tomek jest trochę porywczy. Bardzo chce udowodnić swoją wartość w grupie.
– Taki wiek. Palisz?
– Ma pan... to znaczy masz papierosy?
– Ten bunkier był bardzo solidnie wyposażony. Jego właściciel musiał włożyć tu naprawdę dużo kasy. Jeżeli był to mój wybawiciel i tak zupełnie bezinteresownie przyniósł mnie tu wiedząc, że traci połowę zasobów, czyli w zasadzie skraca o połowę czas, w jakim można tu bytować, to musiał to być niesamowity człowiek.
– Dużo o nim myślisz, co?
– Nie sposób o tym nie myśleć – Grzegorz otworzył nowiutką paczkę czerwonych setek Marlboro i poczęstował Janka. – Masz, chyba mamy poważniejsze problemy niż rak.
Zapalili papierosy. Gospodarz bunkra wstał i wcisnął jakiś guzik na konsoli znajdującej się pomiędzy włazami do pozostałych pomieszczeń. U góry odezwała się dmuchawa, która zaczęła wyciągać dym.
– To absurd, że ten bunkier, w którym przeżyłem dziesięć lat, a i przeżyłbym kolejne dziesięć, wybudował jakiś niepoprawny palacz. Prawdopodobnie pewnego dnia skończyłyby mu się fajki i palnąłby sobie w łeb.
Zaśmiali się.
– Jak sobie radziłeś sam?
– To chyba kwestia charakteru. Ja mam taki, że mogę żyć bez towarzystwa. Poza tym mam to – wskazał radio z wyprowadzonymi na zewnątrz kablami i dodatkowymi układami scalonymi. – Moje okno na świat. Ściągam tym wszystkich nadawaczy z okolic. Oczywiście sam nigdy się nie ujawniałem.
– Tomek mówił, że te audycje to ściema, że ci faceci nie wiedzą nic, tylko ciągle wymyślają jakieś sensacje, by puszczano ich słowa dalej.
– Bez przesady. To nie czasy przedwojenne. Słucham ich od lat i ich informacje bywają naprawdę nudne. Zwykle podają prognozy pogody, które są bardzo trafne.
– Cóż, przez pierwsze pięć lat była zima i noc, a teraz mamy permanentną jesień. Nie trzeba chyba być jakimś szczególnym geniuszem?
– Musisz ich kiedyś posłuchać. Niejaki Ramol, nadaje gdzieś z okolic centrum, jest naprawdę zabawny. W dodatku posiada chyba swój własny monitoring, bo jego wzrok obejmuje większą część rynku. Może to jakiś dawny strażnik miejski. Relacjonuje wszystkie burdy jakby to były mecze piłkarskie. Czasem lubię otworzyć sobie piwko i posłuchać.
Janek spochmurniał.
– Musiałeś tu wieść naprawdę fajne życie, a my ci je spapraliśmy. Nie chcesz dogadać się z moimi i przenieść się na Główny? Tam jest bardzo bezpiecznie. Mamy broń.
– Właśnie tego się obawiam. Stanowicie zamkniętą społeczność, a dziś człowiek człowiekowi wilkiem. Powiedz mi, czy przyjęliście ostatnio kogoś nowego pod dach?
Chłopak zastanawiał się przez chwilkę obserwując dym leniwie snujący się w stronę wyciągów. Ostatni obcy to był ten handlarz obwoźny, którego wpuścili do środka, a on próbował ukraść im broń i porwać jedną z dziewczyn. Obdarli go żywcem ze skóry, a potem spalili. To było jakieś trzy lata temu.
– Jeżeli tylko zgodzisz się respektować pewne zasady...
– Czy bardzo się pomylę jeżeli powiem, że nie przypominasz sobie przypadku, że przyjęliście kogoś pod dach? - Grzegorz nie ustępował.
– Jesteśmy bardzo ostrożni. Na pewno miałbyś jakiś okres próbny i pewnie ograniczono by ci swobodę.
– Jak już powiedziałem wcześniej, nie chcę się o niczym przekonywać na własnej skórze. Jest mi ona droga i pragnę ją zachować na sobie.
– To co zrobisz? I co ze mną?
– Spakujemy manatki i spróbujemy wyjść z miasta. W Karkonoszach są schronienia, do których uciekali ludzie z miast. Jest tam dużo ludzi, na pewno ustanowili jakieś cywilizowane prawo, może jakąś namiastkę państwa. Jeżeli chodzi o ciebie, to na pewno nie wrócisz na swój pieprzony dworzec. Możesz iść ze mną, lub... innego wyjścia nie ma. Nie wpakuję ci kulki w łeb, ani nie zostawię przywiązanego do drzewa. Masz jeszcze chwilę, by to sobie przemyśleć. Gdy opuścimy schron muszę mieć do ciebie pełne zaufanie. Mógłbym cię związać i zostawić tutaj, ale wtedy wezmę o połowę zapasów mniej, a ty nie masz gwarancji przeżycia, bo może okaże się, że nie uda im się odnaleźć schronu, albo przyjdą i podpalą wszystko w cholerę...
Nastała krępująca cisza. Janek dałby wszystko, by wrócić na dworzec. Tylko tam czuł się w pełni bezpiecznie. Przeżył tam ponad połowę swojego życia. Miał tam rodzinę, znajomych, swoje miejsce w hierarchii z perspektywami na to, że lada dzień zostanie myśliwym. Wyruszając w drogę z tym obcym facetem mógł spodziewać się wszystkiego. Na dobrą sprawę to, co usłyszał tego wieczora mogło okazać się stekiem kłamstw. Łącznie z tą gadką o zabawkowym pistolecie. Może gdy tylko opuszczą metalową przestrzeń, która jest śmiertelną pułapką dla tego, który spróbuje w niej strzelać, jego życie niespodziewanie przerwie kula rozrywająca potylicę?
– Chyba rzeczywiście nie mam wyboru – powiedział ponuro.
– Chcę to usłyszeć. Gramy w jednej drużynie? Nie będzie żadnych numerów?
– Tak. Gramy w jednej drużynie i nie będę próbował uciekać, ani cię zabić.
– Zuch chłopak. I pamiętaj, że ty dostaniesz zabawkowego gnata, a ja będę miał tę armatę, którą mi sprezentowaliście.
Fot. pixabay.com
czwartek, 10 września 2015
Moje własne miasto cz.1
![]() |
| fot.pixabay.com |
– Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
– Chyba nie wymiękasz, co? Mój ojciec w zeszłym miesiącu ustrzelił tutaj antylopę.
– Mieliśmy nie odchodzić tak daleko.
– Spoko. Jutro zapolujemy na psa przy dworcu, ale dziś, skoro już zaszliśmy tak daleko, postaraj się myśleć pozytywnie.
Znajdowali się na częściowo zawalonym moście. W dole leniwie poruszała się cuchnąca rzeka, w której od czasu do czasu przepływały wielkie, pływające wyspy odpadów. Z popękanego asfaltu wyrastała wysoka, pożółkła trawa i chwasty. Gdzieniegdzie stały zardzewiałe wraki samochodów pozbawione wszystkiego, co nadawało się jeszcze do wykorzystania.
Tomek niósł należący do jego ojca samopowtarzalny sztucer myśliwski Sajga M3 z celownikiem optycznym, na trzypunktowym zawieszeniu taktycznym, lufą skierowaną do dołu jak go uczono od dziecka. Palec wskazujący spoczywał w okolicy bezpiecznika, by w każdej chwili mógł użyć broni. Przeciwko zwierzynie lub przeciwko komuś innemu. Mimo iż od zawsze straszono ich historiami o bandytach i szabrownikach, którzy nie lubili pozostawiać po sobie świadków, chłopcy nigdy jeszcze nie spotkali żadnego. Prawdopodobnie ostatnimi szabrownikami w mieście byli oni sami oraz pozostali członkowie komuny, do której należeli. Zresztą, w mieście niewiele zostało już do zagrabienia. Uciekający zabierali ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy takie jak jedzenie, ubrania czy wszelkiego rodzaju broń. Pieniądze? Po co komu pieniądze, skoro do sklepów można było wejść od tak i zabrać cokolwiek. Poza tym sklepy opustoszały w pierwszych dniach paniki. Co gorsza, to samo tyczyło się też aptek, a leki były towarem jeszcze bardziej deficytowym niż jedzenie, zwłaszcza, że w opustoszałym mieście dość szybko rozpanoszyły się bezdomne psy, dzikie zwierzęta, które przyszły z lasu, no i te z ogrodu zoologicznego. Ojciec Tomka opowiadał kiedyś, że w przededniach opuszczenia Wrocławia, jeden z pracowników powypuszczał wszystkie zwierzęta, by nie zginęły w niewoli. Była to szczytna idea, ale ostatecznie nikt nie walnął atomówką akurat tutaj, no i po dziś dzień w nocy można usłyszeć ryk tygrysa czy niedźwiedzia. Tego obawiali się najbardziej.
– Łosiu znalazł projektor – Jasiek zmienił temat na nieco przyjemniejszy. – Jeżeli okaże się, że nie jest uszkodzony, będziemy mogli urządzić kino.
– Nie sądzę, aby pan Edward zgodził się marnować paliwo na taki cel.
– A żebyś się nie zdziwił – zaśmiał się chłopak. – Słyszałem raz, jak rozmawiali przed radą o drabinie potrzeb Maslowa. Podobno ludzie potrzebują rozrywki.
– Innej niż polowanie? Bzdura – Tomek machnął ręką. Uwielbiał wojskowy dryg i życie pod Dworcem. Rozrywki, które pamiętał z dzieciństwa wydawały mu się głupie i bezproduktywne. – Zyskalibyśmy dużo więcej, gdyby te bałwany zajęły się czymś pożytecznym. O, przydałby się jeszcze jeden rusznikarz. Wojtek ma pełne ręce roboty, a nie daj Boże coś mu się stanie i będziemy w czarnej dupie.
Przeskoczyli niewielką rozpadlinę, która utworzyła się w miejscu, gdzie pod asfalt dostała się bomba. Obaj mieli niemal nowe, bardzo porządne wojskowe buty. Szło im się bardzo wygodnie i nie dostrzegali, że wokół zaczyna zapadać jesienna szarówka.
– Nie pierdol, że nie chciałbyś pójść z dziewczyną na seans – powiedział Janek. – Kiedyś tak się robiło.
– Nie wiedziałem, że jesteś takim romantykiem – Tomek zaśmiał się, po czym raptownie zamilkł, uniósł broń i zaczął lustrować teren przed nimi przez lunetę.
– Co jest?
– Ciii…
W oddali, pomiędzy wrakami samochodów poruszało się jakieś zwierzę. Widać było jedynie burą kępę sierści wystającą niewiele ponad dachy. Obaj myśliwi przykucnęli i zamilkli. Lekki wiatr wiał w ich kierunku, więc była szansa, że zwierzyna jeszcze nie wiedziała o ich obecności. Tomek dał koledze znak, by ten po cichu przemieścił się w stronę najbliższego wraku, sam zaś w przysiadzie ruszył pomału do przodu nie odrywając oka od celownika. Palec wskazujący powędrował w stronę bezpiecznika przesuwając go do pozycji umożliwiającej oddanie strzału.
– Co jest? – Szepnął Janek.
– Cholera, nie wiem. Nie mogę go znaleźć. Przymknij się na chwilę.
Starał się nie tracić panowania nad sobą. Wyrównując oddech spojrzał najpierw na lewy pas, pobocze i chodnik. Potem na prawy. Nigdzie żadnego ruchu. Tomek westchnął cicho, zabezpieczył broń i wstał.
– Musiał nas usłyszeć. Ty i to twoje kino.
– Dobra, spadajmy już. Widzisz, że nic z tego nie będzie – w głosie Jaśka dało się słyszeć zdenerwowanie. – Robi się późno, a droga powrotna długa.
– Podejdźmy jeszcze kawałek za ten las. Mam dobre przeczucie, że dziś wieczorem czeka nas prawdziwa uczta.
Ruszył truchtem, by zmotywować kolegę. Ten skrzywił się i niechętnie zaczął biec. Włóczenie się po ruinach miasta po zmroku nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Do zapadnięcia całkowitej ciemności zostało może ze dwie, trzy godziny. Na powrót z Biskupina do Dworca Głównego potrzebowali właśnie tyle czasu, a dodatkowo trzeba było wytropić i ustrzelić zwierzynę. A potem jeszcze sprawić ją, by nie zaczęła się psuć. Pomysł był idiotyczny.
– Zwolnij trochę – Janek zasapał się.
– Nie dajesz rady?
– Coraz wyraźniej dostrzegam, że jesteś pieprzonym kretynem.
– Co ci nie pasuje? – Tomek zatrzymał się i przysiadł na karoserii starego Passata.
– Czy ktokolwiek wie, że tu jesteśmy? Czy twój ojciec wie, że wziąłeś broń? Nie pasuje mi wszystko. Ładujesz nas w niezłe kłopoty i to na pewno nie skończy się dobrze.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taka piczka. Gdybyś wcześniej mi powiedział, zabrałbym Chudego. Ja wiem, że tu są antylopy i wiem, że gdy wrócimy na bazę z mięsem, nikt nie będzie nam wypominał takich głupstw. Wręcz przeciwnie, zostaniemy pochwaleni. To jak? Pękasz i wracasz sam, czy podejdziemy jeszcze pod te domy? – wskazał palcem ruiny.
Janek nie odezwał się słowem. Ruszył wściekły we wskazanym przez Tomka kierunku. Chłopak uśmiechnął się tylko, poprawił broń i wstał.
– Hej, zaczekaj – rzucił nagle.
– Co? Teraz ty wymiękasz?
– Nie, nie. Popatrz tam – wskazał rozwaloną ścianę jednego z domów. Przez dziurę widać było wnętrze piwnicy, w której mieścił się metalowy właz. – Wygląda jak jakiś bunkier. Może jakiś pieprzony milioner wybudował sobie schron przeciwatomowy? Wyobraź sobie, co jest w środku.
– Może w chuj konserw, ale i tak się tam nie dostaniemy. Chyba, że masz w zanadrzu jakiś kolejny cudowny pomysł?
– Zapukamy.
– Co?
– Podejdziesz tam i zapukasz. Ja ukryję się za tym samochodem i wezmę na cel tego, kto otworzy drzwi. Jeżeli uznasz, że należy go zlikwidować, podrapiesz się za prawym uchem. Jeżeli zobaczysz, że w środku może być ich więcej, podrapiesz się za lewym.
– A jeżeli nie będą chcieli ze mną rozmawiać, tylko od razu odstrzelą mi łeb?
– Ten scenariusz jest raczej wątpliwy. Wyobraź sobie: siedzisz sobie dziesięć lat zamknięty w schronie atomowym i nagle przychodzi do ciebie nieuzbrojony młodzieniec. Chyba nie zabijesz go? Ten tam, to pewnie jakiś bogacz, lekarz albo prawnik. Może to być też jeden z tych pojebańców, którzy prowadzą przez CB te swoje audycje. Sam pomyśl: nadają od lat, muszą siedzieć na górze puszek.
– Ci goście są całkiem pożyteczni – zauważył Janek. – Przekazują sobie informacje i dzięki temu mamy namiastkę wiedzy o tym, co dzieje się w Polsce.
– Informacje? Czyżby promieniowanie wyżarło ci mózg? Jest ich zbyt mało, by mogli pozyskiwać jakiekolwiek wiarygodne informacje. To, co gadają w audycjach to bzdury wyssane prosto z dupy!
– Ciszej, bo nas usłyszy.
Zakradli się do wraku stojącego naprzeciwko dziury w murze. Tomek oparł lufę karabinu na drzwiach samochodu i przyjrzał się tajemniczemu włazowi. Ocenił, że to miejsce nadaje się idealnie na zasadzkę i spojrzał na Jaśka.
– To jak? Ja jestem tym podjarany dużo bardziej niż jakimś tam dzikiem. Odstrzelimy gościa, zapakujemy puszki na furmankę i rano wrócimy na Dworzec jako bohaterowie. Kto wie, co tam jeszcze może się znajdować? Może więcej, niż się spodziewamy? Leki, urządzenia do uzdatniania wody… Takie schrony są przygotowane, by przeżyć lata.
– I naprawdę jesteś gotów zabić i okraść obcego człowieka?
– Albo on, albo my. Na Dworcu żyje prawie setka osób. W tym kobiety i dzieci. Dlaczego mamy głodować, gdy ten grubas pasie się mielonką trwając w bezsensownej egzystencji chomika w klatce?
Janek wahał się, jednak wszelkie argumenty przemawiały na niekorzyść lokatora bunkra. Wyobraził go sobie jako spoconego spaślaka siedzącego całymi dniami przed projektorem, oglądającego filmy i zajadającego się najlepszymi frykasami prosto ze spiżarni. To nie było w porządku. Nie w chwili, gdy jego rodzina żywi się psiną lub jedynie nadzieją, że następnego dnia uda się zdobyć trochę psiny.
– Dobra, zrobimy to. Tylko nie postrzel mnie. Jak się nie uda, to będziemy mieli kurwa przejebane.
– Nie martw się – Tomek klepnął go w ramię. – Jak się nie uda, to będziemy martwi.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




