poniedziałek, 2 stycznia 2017

Moje własne miasto cz. 3


Zobacz poprzedni odcinek

Janek nie potrafił odpędzić od siebie złych myśli. Poznał Grześka raptem trzy godziny wcześniej w dość nietypowych okolicznościach, mianowicie tamten przystawił mu lufę do skroni. Chwilę pogadali, zjedli wspólny posiłek, spakowali dwa duże, wojskowe plecaki i mieli wyruszać w pieszą podróż w stronę gór. Jedynie fakt, że plecaki były dwa, uspokajał go nieco. Gdyby mieszkaniec bunkra chciał go zabić, nie pakowałby dwóch plecaków. Byłoby to najbardziej misternie przygotowane, najbardziej absurdalne zabójstwo wszech czasów. Scenariusz pozytywny też nie wydawał się dobry. Wyprawa do nieznanego celu przez niebezpieczne tereny, na których tak naprawdę Bóg jeden wie, co się dzieje.

– No, otwieraj ten właz – rzucił ni stąd ni zowąd Grzegorz.

– Właz? Ten do studni?

No to koniec, pomyślał chłopak.

– Wyjdziemy tylnym wyjściem. Na wypadek, gdyby na zewnątrz czekali na nas twoi kolesie. Tym samym sposobem zrobiłem was.

– Tylne wyjście?

– Pod tym pomieszczeniem jest jeszcze jedno, w którym znajduje się aparatura do uzdatniania wody. Są tam drugie drzwi pancerne, prowadzące do kanału. W ogrodzie domu jest studzienka. Bardzo sprytne wyjście ewakuacyjne.

Założyli na siebie plecaki. Grzegorz zamocował sztucer karabinkiem do kamizelki taktycznej. Miał tylko jeden magazynek, więc ich arsenał wyglądał raczej skromnie. Do tego straszak w postaci repliki P99, na który ktoś może się nabrać tylko po zmroku.

Gdy zeszli po drabince, Grzesiek otworzył właz i powiedział:

– Zaczekaj chwilkę. Wyjdę na zewnątrz i zrobię małe rozeznanie.

Chłopak przysiadł na metalowej skrzyni. Przez chwilę rozważał możliwość zatrzaśnięcia drzwi, jednak szybko skarcił się, bo właściciel na pewno potrafił dostać się do środka, zaś on sam, w razie czego, niekoniecznie potrafiłby wyjść. Nie minęło nawet pięć minut, gdy Grzegorz pojawił się w wejściu.

– Tak jak myślałem. Ciemno jak w dupie u murzyna – zaśmiał się. – Typowa, wrocławska noc. Mam gogle noktowizyjne, ale tylko jedne. To będzie mały test zaufania. Złapiesz mnie za taśmę od plecaka i będziesz szedł za mną, a ja będę ci o wszystkim mówił. Wystarczy, że oddalimy się na tyle, żeby twoi nie zdołali nas dorwać, a potem przeczekamy do rana.

– Nie możemy zapalić latarki? – pomysł z noktowizorem nie spodobał się Jaśkowi.

– Odpada. W takiej totalnej ciemności światło latarki będzie widoczne z bardzo daleka. Każdy pacan z noktowizorem będzie mógł sobie urządzić polowanie.

– A co z dzikimi zwierzętami?

– Wierzysz w te bajki o tygrysach?

– A co mam nie wierzyć? Były tygrysy w ZOO, teraz są na wolności.

– Tak, tak, ale to były stare tygrysy. Pozdychały już dawno temu. Zresztą pewnie z głodu, bo zwierzęta, które spędziły całe życie w ogrodach zoologicznych nie potrafią polować.

– Czy ta informacja pochodzi od tych twoich didżejów?

– Nie. To zdrowy rozsądek. Ruszajmy.

Opuścił na oczy gogle, odwrócił się tyłem i wyciągnął rękę z taśmą do Janka. Chłopak posłusznie złapał trok. Wyszli do śmierdzącego kanału, a następnie drabinką w górę i przez właz do ogrodu. Rzeczywiście wokół panowała całkowita czerń. Miasto nie posiadało swojego oświetlenia, a gruba warstwa nuklearnego pyłu stale zasłaniała gwiazdy i księżyc.

– Widzisz coś? – upewnił się Janek.

– Tak, tak, spokojnie. Idziemy powoli.

Poza ciemnością panowała także całkowita cisza. Nie wiał wiatr, nie ryczały dzikie zwierzęta. Jedynym dźwiękiem, który dobiegał do ich uszu był dźwięk ich własnych kroków. Jak bardzo by się nie starali, ciągle pod butami chrzęściły jakieś potłuczone cegły, połamane patyki czy wysuszona trawa.

– Co z tego, że nikt nas nie widzi, skoro słychać nas na kilometr – mamrotał pod nosem chłopak.

– Nie martw się. Ja widzę wszystko. Gdyby pojawiło się jakiekolwiek zagrożenie, padamy na glebę i czekamy. Wokół nie ma żywej duszy.

Szli przez chwilę w ciszy zakłócanej odgłosami kroków. Janek czuł się jak niewidomy. Czuł potrzebę rozmawiania, by dodać sobie otuchy. Wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach.

– Mówisz, że nigdy nie widziałeś tu dzikich zwierząt?

– Nie mówiłem, że nie widziałem. Kilka lat temu natknąłem się na niedźwiedzia. Był kompletnie zdezorientowany. Najwyraźniej wybudził się ze snu i pętał się pomiędzy domami w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Wiem, o co ci chodzi. Większość drapieżników, które wypuścili z ZOO już dawno pozdychało. Tygrysy i niedźwiedzie były najlepiej przystosowane do obecnych warunków klimatycznych, ale kompletnie nie dawały sobie rady ze zdobywaniem pokarmu.

– A mutanty?

– Co takiego? – Grzegorz aż zatrzymał się z wrażenia. W jego głosie wyraźnie słychać było rozbawienie. – Macie tam na dworcu jakiś księgozbiór, prawda? Naczytałeś się jakiś bzdur?

– Czytałem coś tam, ale akurat o mutantach opowiadał nam jeden kupiec.

– Ach tak? I co takiego mówił?

– Podobno większość ludzi, którzy do tej pory nie umarli, mają geny, które pozwalają im lepiej tolerować promieniowanie radioaktywne.

– To brzmi rozsądnie.

– Ten kupiec opowiadał o grupach ludzi żyjących w odosobnieniu, którzy w ewolucji posunęli się krok dalej, przystosowując się do warunków panujących obecnie na Ziemi. Ich skóra zrobiła się szara, jak wszystko, co nas otacza. Ich ciała są całkowicie pozbawione owłosienia. Mogą przebywać w obszarach, gdzie promieniowanie radioaktywne jest dużo, dużo wyższe. A w następstwie tych zmian ewolucyjnych, zaszły także zmiany w psychice. Są dużo bardziej skłonni do przemocy i nie odczuwają żadnego dyskomfortu związanego ze spożywaniem ludzkiego mięsa.

Grzegorz zaśmiał się cicho pod nosem, co Janek skwitował tylko machnięciem ręki.

– Wiesz, rzeczywiście ostatnie stulecie było bardzo szybkie, jeżeli chodzi o rozwój technologiczny, genetykę i zmiany w naturalnym środowisku. Byłbym skłonny uwierzyć w to, że faktycznie ci, którzy ocaleli, są bardziej odporni na promieniowanie, ale historyjki o kanibalach mutantach nie kupuję. Gdzie ten wasz gość ich widział?

– Mówił, że można już spotkać we Wrocławiu, bardziej na północy. Z innego źródła słyszałem o Porcie Miejskim.

– Port Miejski rzeczywiście jest niebezpiecznym miejscem, ale raczej z uwagi na szajki renegatów, w większości uciekinierów z zakładu karnego. O mutantach nigdy nie słyszałem. Nie wspominał o tym nawet żaden z didżejów.

– No widzisz, jacy oni doinformowani – zaszydził chłopak. – Co jest?

Grzegorz zatrzymał się, przykucnął i zamarł w tej pozycji. Zapanowała absolutna cisza. Janek poczuł, że serce telepie mu się w piersi jak szczur uwięziony w klatce.

– Co się stało? – szepnął.

– Dwóch ludzi, jakieś sto metrów przed nami. Nie widzę broni długiej. Wloką się jak paralitycy, więc pewnie nie mają noktowizorów tylko walą w ciemno. Odważni. Na szczęście nie idą w naszą stronę.

Obaj położyli się na ziemi i zamarli w nerwowym oczekiwaniu. Od strony obcych nie dochodziły żadne odgłosy rozmów. Najwyraźniej porozumiewali się szeptem, lub mieli jeszcze jakiś inny sposób, by nie rozłączyć się i nie pogubić w tych ciemnościach.

– Co teraz robią? – Janek nie potrafił się opanować. Gdyby chociaż mógł rzucić okiem… – Mogę spojrzeć przez gogle?

Grzesiek zawahał się przez chwilę. Chłopak mógł wykorzystać to, żeby uciec. Gdyby zabrał noktowizor i zaczął biec, prawdopodobnie nie dałoby się już nic zrobić. Strzelanie na ślepo nie wchodziło w grę, zwłaszcza, gdy w pobliżu byli jacyś nieznani ludzie. Zdjął gogle i podał Jankowi. Ten nie zakładając ich na głowę, przyłożył jedynie okulary do oczu. Ciemność zmieniła się w szerokie spektrum odcieni zieleni. Najciemniejszy kolor miało niebo i dalsze plany. To, co było najbliżej, było bardzo jasne. Dwie sylwetki majaczyły pomiędzy drzewami. Mężczyźni szli bardzo powoli, ale nie zbliżali się, ani nie oddalali. Zupełnie, jakby omijali ich szerokim łukiem.

– Może oni jednak mają noktowizor?

– Wtedy poruszaliby się znacznie sprawniej. Chyba, że są ranni. Tak czy siak, nie mam potrzeby poświęcać tej sprawie więcej uwagi. Teraz dawaj gogle.

Janek posłusznie oddał noktowizor. Usłyszał cichy dźwięk noża chowanego do pochwy. Wyczuł, że zaufanie Grzegorza jest jeszcze mocno wątłe.

– Też powinienem mieć nóż – szepnął. – Jestem w dużo gorszym położeniu. Ty jesteś górą, możesz mnie w każdej chwili sprzątnąć lub porzucić. Ja mogę ci tylko ufać.

– Nie obchodzi mnie twoje położenie. Jeszcze cztery godziny temu byłeś intruzem na mojej posesji i gdybym miał się czym bronić, nie miałbyś tyle szczęścia.

– Zabiłbyś człowieka?

– Nie próbuj mi wciskać ciemnoty, że wy byście mnie puścili wolno. Wydajesz się być w porządku, ale gdyby nie moja czujność, prawdopodobnie leżałbym z kulką w głowie w progu swojego bezpiecznego schronienia, a wy obżeralibyście się moimi konserwami. Czy zabiłbym człowieka? Zrobiłem to już. I zrobię nie raz. Choćby w chwili, gdy twoi dotrą do mojego bunkra.

– Zastawiłeś zasadzkę?

– Każdy, kto będzie próbował się tam dostać bez klucza uruchomi system samozniszczenia. Jeżeli system nie zostanie wyłączony tym pilotem – wskazał małe urządzenie przy kluczach – zarówno w bunkrze, jak i wokół niego, odpalone zostaną ładunki termitowe. Wszystko zostanie zniszczone, łącznie z tymi, którzy chcieli przyjść pożyczyć jajka i mąkę.

Janek zamilkł. Zastanawiał się, kto weźmie udział w napadzie. Na pewno Tomek i jego ojciec. Pewnie wezmą Czarnego, Chudego, może Łosia… Łosia lubił. Jego byłoby mu szkoda. Reszta była mu w sumie obojętna. Nawet Tomek, który wpakował go w tę całą kabałę i wyzywał go od tchórzy, gdy Janek próbował wykazywać zdrowy rozsądek.

– Może zatrzymamy się tutaj do rana? – zaproponował ziewając.

– Tamci dwaj już prawie zniknęli mi z pola widzenia. Chciałbym, abyśmy przekroczyli kładkę nad Odrą jeszcze przed świtem. To otwarty teren, doskonale widoczny z domów po drugiej stronie. Ktoś, widząc nasze plecaki i broń, mógłby chcieć wejść w posiadanie tych fantów.

Wstali i ruszyli dalej. Janek odczuwał już drgawki wywołane chłodem nocy i niewyspaniem, więc ucieszył się, że będzie mógł się rozruszać.

– Wracając do tych twoich mutantów – zaczął niespodziewanie Grzegorz – sądzę, że cofnęliśmy się do czasów mniej więcej średniowiecza. Nie wiem, jak mieszkacie wy, ale spędziłem wiele wieczorów w tym swoim ciemnych schronie, nasłuchując z niepokojem odgłosów z zewnątrz. Nie raz i nie dwa bałem się tak, jak nigdy wcześniej przed wojną. Sądzę, że do świadomości ludzkiej dochodzą jakieś pradawne lęki. Te same, które niepokoiły ludzi w ciemnych czasach. Nie zdziwiłbym się, gdybyś zapytał mnie zaraz o nuklearne czarownice.

– Więc już o nich słyszałeś? – Janek zaśmiał się cicho. – Ja tam w mutanty wierzę. To ma swoje naukowe podstawy. To ewolucja. Mój ojciec mówi, że ludzie bardzo łatwo adaptują się do najcięższych warunków. Uważa, że nasza adaptacja do życia w tym świecie, to nie tylko umiejętność zapolowania na dzikiego psa, ale także zdolność organizmu do obrony przed promieniowaniem. Ja sam uważam, że ci, którzy do tej pory nie umarli, muszą mieć w jakiś sposób lepsze geny.

– Jasne, ale szara skóra i kanibalizm to właśnie powrót strachu przed czarownicami, a nie żadna nauka.

Do mostu dotarli, gdy niebo miało już jaśniejszy odcień czerni niż ziemia. Grzegorz nie zrezygnował z noktowizji, by nie tracić przewagi nad ewentualnym agresorem, ale Jasiek był już w stanie dostrzec cokolwiek w promieniu paru metrów. Z daleka, nawet na środku mostu byliby zupełnie niewidoczni.

Nazywanie tej konstrukcji mostem było trochę na wyrost. Kładka musiała zostać przerzucona już po wojnie. Składała się z różnych rzeczy, ale na pewno nie z materiałów budowlanych. Był to zestaw lin stalowych rozmaitego sortu, z których dwie służyły jako poręcze, a do dwóch dolnych umocowany był wąski na jakieś pół metra chodnik, zrobiony z desek, metalowych kratek i innych surowców, uwiązanych do lin drutami. Ciężar własny konstrukcji powodował, że na środku niemal dotykała ona wody. Zapewne w chwilach, gdy Odra niosła ze sobą większe ilości śmieci, kładka poddawana była ciężkim próbom, a być może i ulegała uszkodzeniu. Dla Janka była to rzecz normalna. Grzegorz, który pamiętał jeszcze dawny Wrocław, odczuwał poważny niepokój.

– Myślałem cholera, że to będzie prawdziwy most.

– Co jest z nim nie tak? – zapytał chłopak. – Most jak most. Jest ciemno, przemkniemy się na drugi brzeg, oddalimy się od wału i walniemy w kimę w jakiejś ruderze.

– Nagle ci się tak lekko na duszy zrobiło? Nie próbuj żadnych numerów. Teraz mam broń i trzydziestu ołowianych kolesi, dla których twoje plecy to idealny cel podróży.

– Spokojnie. Myślałem, że znasz ten most. To przecież twoje okolice.

– Starałem się nie zapuszczać na południe. Okolice za Odrą cieszyły się przed wojną nie najlepszą sławą. Zresztą wszystko, czego potrzebowałem, znajdowałem w Parku Szczytnickim i na Sępolnie.

Zerwał się lekki wiaterek i kładka zaczęła się kiwać.

– Idzie załamanie pogody – mruknął chłopak. – Powinniśmy się pospieszyć.

– W porządku. Idziesz pierwszy. Poradzisz sobie?

– Jasne. Sporo już widać. Czekasz, aż przejdę, czy będziesz szedł za mną?

– Nie mam zaufania do tej kładki, ale jeszcze bardziej nie mam zaufania do ciebie. To co masz w plecaku jest dziś warte fortunę. Będę szedł dziesięć metrów za tobą i jeżeli spróbujesz jakiejś sztuczki, wpakuję ci kulę w łeb.

– To może jeszcze zapalimy dla rozgrzania się?

– Żar ostrzeże tych po drugiej stronie. Ruszaj.

Janek stanął na pierwszej desce i złapał się metalowych lin. Były zimne i wilgotne, a te lekkie drgania mostu na wietrze, które z daleka wyglądały bardzo niewinnie, szarpały linami tak, że niemal wyrywały się z rąk. Plecak ważył na oko z sześćdziesiąt kilogramów i był solidnie umocowany pasem biodrowym. Gdyby chłopak wpadł do wody, najprawdopodobniej poszedłby na dno jak worek kamieni. Kąpiel w Odrze sama w sobie była chyba niezbyt zdrowa, gdyż jej wody były silnie napromieniowane, no i Bóg wie, co jeszcze w nich było. Janek przeżegnał się. Było mu teraz wszystko jedno, ale na dworcu wciąż silnie trzymano się tradycji Chrześcijańskich. Wiara w tych trudnych czasach stanowiła znacznie solidniejsze podstawy niż materializm.

– Rozwidnia się – usłyszał za sobą nieprzyjemny szept. – Ruszaj, bo zaraz zapieje kur i snajperzy pójdą do roboty!

– W razie gdybym zginął wiedz, że przykro mi, że tak to wszystko wyszło.

– Już to mówiłeś. Zasuwaj, bo naprawdę zaraz ktoś nas podziurawi.

Jakby trudności było mało, z nieba lunął deszcz. Gęsty, rzęsisty i zimny. Dostawał się za kołnierz wiatrochronnej kurtki i spływał po plecach i ramionach. Mokre deski kładki zaczęły lśnić odbiciem stalowego nieba.

– Kurwa – szepnął Janek i postawił kolejny krok.

Kładka chwiała się jak dzika. Jego przemarznięte dłonie zaczęły momentalnie grabieć. Szczególnie, że na nich opierał głównie swój ciężar. Czuł, że gdyby tylko rozluźnił uścisk, pojedzie w dół i runie w mętne fale.

Akurat sobie postrzelasz, pomyślał i uśmiechnął się. Jednak powodów do radości miał niewiele. Okazja do ucieczki była żadna. Jedyną alternatywą do poddania się woli Grzegorza w tym momencie, była śmierć. Zresztą mało przyjemna śmierć topielca.

Po przebyciu dziesięciu metrów poczuł na kładce nowy ciężar. Mimo iż ten facet z tyłu był przerażony, dotrzymał słowa i ruszył za nim. Teraz pewnie przeklinał w duchu swój upór, bo szanse, że którykolwiek z nich dotrze na drugi brzeg były podobne, jakby przekraczali kładkę w biały dzień, pod czujnym okiem snajpera.

– Nie wolałbyś teraz siedzieć w swoim ciepłym schronie?

– A ty nie wolałbyś siedzieć pod dworcem? Oczywiście, że wolałbym swoje ciepłe schronienie, ale prawdopodobnie jest już usmażone wraz z twoimi kumplami.

Dotarli na dno. Poziom wody był tak wysoki, że gdyby usiedli na kładce i spuścili nogi, mogliby sobie umyć buty. Gdyby oczywiście zamoczenie czegoś w Odrze było równoznaczne z umyciem.

– Teraz będzie łatwiej! – zawołał Janek.

– Łatwiej, albo trudniej. Tak naprawdę chuj wie. Mi już łapy odpadają, a mam rękawice.

Rzeczywiście Grzegorz miał rękawice ze skóry i Nomexu, z obciętymi palcami, które chroniły dłonie przed rozmaitymi uszkodzeniami, ale pozwalały wykonywać precyzyjne prace.

– Jeżeli wyjdziemy z tego cało, sprezentuje ci je – dodał jeszcze.

Po chwili odpoczynku zaczęli wspinać się pod górę. Było łatwiej o tyle, że przy nachyleniu do przodu, środek ciężkości znajdował się w nieco dogodniejszym miejscu. Przyczepność butów pogorszyła się nieco. Schodząc z góry podeszwa stykała się całą powierzchnią z kładką. Gdy się wspinali, opierali się jedynie na przedniej części podeszwy, co groziło poślizgiem. Okazało się także, że jest już na tyle jasno, że Janek bez problemu dostrzegał detale linii brzegowej. Z ulgą stwierdził jednak, że nie widać na niej ani śladu życia.

– Nikogo tam nie ma – powiedział trochę do siebie.

– Jeżeli jest tam jakiś snajper, to właśnie takie wrażenie chce na tobie wywrzeć – strofował go głos z tyłu. – Ruszaj dupę młodzieńcze.

Dotarli na górę wyczerpani. Jeden legł obok drugiego i musieli złapać oddech, zanim mogli pomyśleć o ukryciu się, czy nawet odczepienia broni od plecaka. Jednak gdy tylko wrócił zdrowy rozsądek, obaj sturlali się z betonowej platformy, do której umocowane były liny mostu i ukryli się za konstrukcją z blachy falistej, która najwyraźniej służyła za tymczasowe mieszkanie budowniczym.

– Mam nadzieję, że nie ma tu ładunków termitowych – mruknął Janek.

Grzesiek udał, że nie słyszy. Uwolnił karabin i przeczołgał się do miejsca, z którego mógł obserwować wał i zabudowania. Przed długą chwilę milczał, po czym uśmiechnął się.

– A to gratka.

– Co jest?

– Przy tamtej drodze stoi wojskowy Honker. Nie wygląda na sprawnego, ale jest w dużo lepszym stanie niż te wszystkie graty na ulicach. Ktoś musiał nim jeździć długo po tym, jak oficjalnie skończyły się paliwa. Konkretnie wojsko. Może w środku będzie coś, co się nam przyda.

Chłopak nalegał, by odpoczęli trochę, ale Grzegorz już przelazł na drugą stronę ścieżki prowadzącej do mostu i ruszył w chaszcze.

– Zaczekaj!

Wysokie zarośla na terenach zalewowych utrudniały poruszanie się i uniemożliwiały jednoznaczne potwierdzenie, że zmierzają we właściwym kierunku. Jednak, gdy wydostali się z nich, okazało się, że znajdują się całkiem niedaleko od opuszczonego pojazdu. Teraz znacznie ostrożniej, obaj przebiegli schyleni do Honkera i ukryli się za nim. W pobliżu znajdowały się jakieś zabudowania, ale wyglądały na opuszczone.

Jasiek otworzył drzwi i rozejrzał się w szoferce.

– Nic.

– Zobacz na pace. Jeżeli wieźli broń, to chyba tam.

Z tyłu nie znaleźli broni. Były tam cztery kamizelki kuloodporne, które nosiły znamiona intensywnego użytkowania. Grzegorz wybrał dwie najmniej uszkodzone i rzucił na trawę.

– Zakładaj.

– Po co?

– Według Meme populacja Wrocławia liczy nieco więcej jak dziesięć tysięcy ludzi. Meme szacuje, że na terenie miasta w użyciu jest dwanaście tysięcy jednostek broni strzeleckiej. Jeżeli odejmiemy od tego starców, kobiety i dzieci, statystycznie każdy napotkany mężczyzna ma przy sobie dwie do trzech jednostek broni strzeleckiej. Ubieraj kamizelkę.

– Co to do chuja jest Meme?

– Jeden z najlepszych didżejów. Nadaje z okolicy Grabiszyńskiej. Ma bardzo profesjonalny sprzęt. Wielu na niego poluje, bo usilnie walczy z bandytyzmem.

– Wierzysz w jakiegoś Meme, a nie wierzysz mutanty?

– A ty wierzysz w mutanty, a nie wierzysz człowiekowi, który bardzo aktywnie uczestniczy w życiu miasta? To ja przesiedziałem dziesięć lat w schronie, czy ty?

– Oszczędzamy energię elektryczną. Coraz gorzej z paliwem.

Grześkowi zrobiło się żal chłopaka, ale tylko przez chwilę. Gdy ubrał wielką kamizelkę kuloodporną, wyglądał komicznie, jak wielki kafar z małymi rączkami i nóżkami. Te kamizelki musieli projektować na rosłych facetów. Dodatkowo płyty ceramiczne z przodu i z tyłu powiększały ich gabaryty.

Było już kompletnie jasno, gdy skończyli się ubierać. Narzucili plecaki, pozapinali wszystkie możliwe zapięcia, Grzegorz przytroczył karabin do linki tak, aby w każdej chwili mógł unieść lunetę do oka. Nigdy nie strzelał z broni długiej, zwłaszcza z użyciem celownika optycznego. Miał o tym jakieś blade pojęcie, ale jedynie teoretyczne. Zdawał sobie sprawę z tego, że celownik należy ustawić na konkretny dystans, a potem przy strzelaniu posługiwać się siatką celowniczą, obliczając różnicę w odległości i biorąc poprawkę na wiatr. Wiedział też, że broń należy czyścić, ale również było to dla niego czarną magią. Samo strzelanie nie powinno być trudne, gdyż Sajga była konstrukcją bliźniaczą do AK-47. Miała w tym samym miejscu bezpiecznik, ale można go było ustawić jedynie w dwóch pozycjach. Brakowało ognia ciągłego. Liczył, że wkrótce nadarzy się okazja, by mógł na spokojnie przyjrzeć się zdobyczy i rozgryźć jej obsługę.

– Pójdziemy jeszcze kawałek w te zabudowania, a potem zrobimy postój, zjemy coś i napijemy się kawy.

– Byłoby wspaniale – powiedział z rozmarzeniem Janek, który jeszcze nigdy nie pił kawy.

– Żołnierze! – odezwał się jakiś głos za ich plecami.

Fot. Pixabay.com