czwartek, 10 września 2015

Moje własne miasto cz.1

fot.pixabay.com


– Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
– Chyba nie wymiękasz, co? Mój ojciec w zeszłym miesiącu ustrzelił tutaj antylopę.
– Mieliśmy nie odchodzić tak daleko.
– Spoko. Jutro zapolujemy na psa przy dworcu, ale dziś, skoro już zaszliśmy tak daleko, postaraj się myśleć pozytywnie.
Znajdowali się na częściowo zawalonym moście. W dole leniwie poruszała się cuchnąca rzeka, w której od czasu do czasu przepływały wielkie, pływające wyspy odpadów. Z popękanego asfaltu wyrastała wysoka, pożółkła trawa i chwasty. Gdzieniegdzie stały zardzewiałe wraki samochodów pozbawione wszystkiego, co nadawało się jeszcze do wykorzystania.
Tomek niósł należący do jego ojca samopowtarzalny sztucer myśliwski Sajga M3 z celownikiem optycznym, na trzypunktowym zawieszeniu taktycznym, lufą skierowaną do dołu jak go uczono od dziecka. Palec wskazujący spoczywał w okolicy bezpiecznika, by w każdej chwili mógł użyć broni. Przeciwko zwierzynie lub przeciwko komuś innemu. Mimo iż od zawsze straszono ich historiami o bandytach i szabrownikach, którzy nie lubili pozostawiać po sobie świadków, chłopcy nigdy jeszcze nie spotkali żadnego. Prawdopodobnie ostatnimi szabrownikami w mieście byli oni sami oraz pozostali członkowie komuny, do której należeli. Zresztą, w mieście niewiele zostało już do zagrabienia. Uciekający zabierali ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy takie jak jedzenie, ubrania czy wszelkiego rodzaju broń. Pieniądze? Po co komu pieniądze, skoro do sklepów można było wejść od tak i zabrać cokolwiek. Poza tym sklepy opustoszały w pierwszych dniach paniki. Co gorsza, to samo tyczyło się też aptek, a leki były towarem jeszcze bardziej deficytowym niż jedzenie, zwłaszcza, że w opustoszałym mieście dość szybko rozpanoszyły się bezdomne psy, dzikie zwierzęta, które przyszły z lasu, no i te z ogrodu zoologicznego. Ojciec Tomka opowiadał kiedyś, że w przededniach opuszczenia Wrocławia, jeden z pracowników powypuszczał wszystkie zwierzęta, by nie zginęły w niewoli. Była to szczytna idea, ale ostatecznie nikt nie walnął atomówką akurat tutaj, no i po dziś dzień w nocy można usłyszeć ryk tygrysa czy niedźwiedzia. Tego obawiali się najbardziej.
– Łosiu znalazł projektor – Jasiek zmienił temat na nieco przyjemniejszy. – Jeżeli okaże się, że nie jest uszkodzony, będziemy mogli urządzić kino.
– Nie sądzę, aby pan Edward zgodził się marnować paliwo na taki cel.
– A żebyś się nie zdziwił – zaśmiał się chłopak. – Słyszałem raz, jak rozmawiali przed radą o drabinie potrzeb Maslowa. Podobno ludzie potrzebują rozrywki.
– Innej niż polowanie? Bzdura – Tomek machnął ręką. Uwielbiał wojskowy dryg i życie pod Dworcem. Rozrywki, które pamiętał z dzieciństwa wydawały mu się głupie i bezproduktywne. – Zyskalibyśmy dużo więcej, gdyby te bałwany zajęły się czymś pożytecznym. O, przydałby się jeszcze jeden rusznikarz. Wojtek ma pełne ręce roboty, a nie daj Boże coś mu się stanie i będziemy w czarnej dupie.
Przeskoczyli niewielką rozpadlinę, która utworzyła się w miejscu, gdzie pod asfalt dostała się bomba. Obaj mieli niemal nowe, bardzo porządne wojskowe buty. Szło im się bardzo wygodnie i nie dostrzegali, że wokół zaczyna zapadać jesienna szarówka.
– Nie pierdol, że nie chciałbyś pójść z dziewczyną na seans – powiedział Janek. – Kiedyś tak się robiło.
– Nie wiedziałem, że jesteś takim romantykiem – Tomek zaśmiał się, po czym raptownie zamilkł, uniósł broń i zaczął lustrować teren przed nimi przez lunetę.
– Co jest?
– Ciii…
W oddali, pomiędzy wrakami samochodów poruszało się jakieś zwierzę. Widać było jedynie burą kępę sierści wystającą niewiele ponad dachy. Obaj myśliwi przykucnęli i zamilkli. Lekki wiatr wiał w ich kierunku, więc była szansa, że zwierzyna jeszcze nie wiedziała o ich obecności. Tomek dał koledze znak, by ten po cichu przemieścił się w stronę najbliższego wraku, sam zaś w przysiadzie ruszył pomału do przodu nie odrywając oka od celownika. Palec wskazujący powędrował w stronę bezpiecznika przesuwając go do pozycji umożliwiającej oddanie strzału.
– Co jest? – Szepnął Janek.
– Cholera, nie wiem. Nie mogę go znaleźć. Przymknij się na chwilę.
Starał się nie tracić panowania nad sobą. Wyrównując oddech spojrzał najpierw na lewy pas, pobocze i chodnik. Potem na prawy. Nigdzie żadnego ruchu. Tomek westchnął cicho, zabezpieczył broń i wstał.
– Musiał nas usłyszeć. Ty i to twoje kino.
– Dobra, spadajmy już. Widzisz, że nic z tego nie będzie – w głosie Jaśka dało się słyszeć zdenerwowanie. – Robi się późno, a droga powrotna długa.
– Podejdźmy jeszcze kawałek za ten las. Mam dobre przeczucie, że dziś wieczorem czeka nas prawdziwa uczta.
Ruszył truchtem, by zmotywować kolegę. Ten skrzywił się i niechętnie zaczął biec. Włóczenie się po ruinach miasta po zmroku nie należało do najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Do zapadnięcia całkowitej ciemności zostało może ze dwie, trzy godziny. Na powrót z Biskupina do Dworca Głównego potrzebowali właśnie tyle czasu, a dodatkowo trzeba było wytropić i ustrzelić zwierzynę. A potem jeszcze sprawić ją, by nie zaczęła się psuć. Pomysł był idiotyczny.
– Zwolnij trochę – Janek zasapał się.
– Nie dajesz rady?
– Coraz wyraźniej dostrzegam, że jesteś pieprzonym kretynem.
– Co ci nie pasuje? – Tomek zatrzymał się i przysiadł na karoserii starego Passata.
– Czy ktokolwiek wie, że tu jesteśmy? Czy twój ojciec wie, że wziąłeś broń? Nie pasuje mi wszystko. Ładujesz nas w niezłe kłopoty i to na pewno nie skończy się dobrze.
– Nie wiedziałem, że z ciebie taka piczka. Gdybyś wcześniej mi powiedział, zabrałbym Chudego. Ja wiem, że tu są antylopy i wiem, że gdy wrócimy na bazę z mięsem, nikt nie będzie nam wypominał takich głupstw. Wręcz przeciwnie, zostaniemy pochwaleni. To jak? Pękasz i wracasz sam, czy podejdziemy jeszcze pod te domy? – wskazał palcem ruiny.
Janek nie odezwał się słowem. Ruszył wściekły we wskazanym przez Tomka kierunku. Chłopak uśmiechnął się tylko, poprawił broń i wstał.
– Hej, zaczekaj – rzucił nagle.
– Co? Teraz ty wymiękasz?
– Nie, nie. Popatrz tam – wskazał rozwaloną ścianę jednego z domów. Przez dziurę widać było wnętrze piwnicy, w której mieścił się metalowy właz. – Wygląda jak jakiś bunkier. Może jakiś pieprzony milioner wybudował sobie schron przeciwatomowy? Wyobraź sobie, co jest w środku.
– Może w chuj konserw, ale i tak się tam nie dostaniemy. Chyba, że masz w zanadrzu jakiś kolejny cudowny pomysł?
– Zapukamy.
– Co?
– Podejdziesz tam i zapukasz. Ja ukryję się za tym samochodem i wezmę na cel tego, kto otworzy drzwi. Jeżeli uznasz, że należy go zlikwidować, podrapiesz się za prawym uchem. Jeżeli zobaczysz, że w środku może być ich więcej, podrapiesz się za lewym.
– A jeżeli nie będą chcieli ze mną rozmawiać, tylko od razu odstrzelą mi łeb?
– Ten scenariusz jest raczej wątpliwy. Wyobraź sobie: siedzisz sobie dziesięć lat zamknięty w schronie atomowym i nagle przychodzi do ciebie nieuzbrojony młodzieniec. Chyba nie zabijesz go? Ten tam, to pewnie jakiś bogacz, lekarz albo prawnik. Może to być też jeden z tych pojebańców, którzy prowadzą przez CB te swoje audycje. Sam pomyśl: nadają od lat, muszą siedzieć na górze puszek.
– Ci goście są całkiem pożyteczni – zauważył Janek. – Przekazują sobie informacje i dzięki temu mamy namiastkę wiedzy o tym, co dzieje się w Polsce.
– Informacje? Czyżby promieniowanie wyżarło ci mózg? Jest ich zbyt mało, by mogli pozyskiwać jakiekolwiek wiarygodne informacje. To, co gadają w audycjach to bzdury wyssane prosto z dupy!
– Ciszej, bo nas usłyszy.
Zakradli się do wraku stojącego naprzeciwko dziury w murze. Tomek oparł lufę karabinu na drzwiach samochodu i przyjrzał się tajemniczemu włazowi. Ocenił, że to miejsce nadaje się idealnie na zasadzkę i spojrzał na Jaśka.
– To jak? Ja jestem tym podjarany dużo bardziej niż jakimś tam dzikiem. Odstrzelimy gościa, zapakujemy puszki na furmankę i rano wrócimy na Dworzec jako bohaterowie. Kto wie, co tam jeszcze może się znajdować? Może więcej, niż się spodziewamy? Leki, urządzenia do uzdatniania wody… Takie schrony są przygotowane, by przeżyć lata.
– I naprawdę jesteś gotów zabić i okraść obcego człowieka?
– Albo on, albo my. Na Dworcu żyje prawie setka osób. W tym kobiety i dzieci. Dlaczego mamy głodować, gdy ten grubas pasie się mielonką trwając w bezsensownej egzystencji chomika w klatce?
Janek wahał się, jednak wszelkie argumenty przemawiały na niekorzyść lokatora bunkra. Wyobraził go sobie jako spoconego spaślaka siedzącego całymi dniami przed projektorem, oglądającego filmy i zajadającego się najlepszymi frykasami prosto ze spiżarni. To nie było w porządku. Nie w chwili, gdy jego rodzina żywi się psiną lub jedynie nadzieją, że następnego dnia uda się zdobyć trochę psiny.
– Dobra, zrobimy to. Tylko nie postrzel mnie. Jak się nie uda, to będziemy mieli kurwa przejebane.
– Nie martw się – Tomek klepnął go w ramię. – Jak się nie uda, to będziemy martwi.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz