Janek wstał i otrzepał kurz z softshella w barwach maskujących. Sam nie wiedział, po co to zrobił, ale dzięki temu poczuł się nieco pewniej. Ominął wrak i powolnym krokiem ruszył w stronę bunkra, nie spuszczając wzroku ze stalowych wrót. Były nieco mniejsze niż zwyczajne drzwi, ale wyglądały bardzo solidnie. Na wysokości oczu znajdowała się pancerna szyba, lub kilka pancernych szyb, pomiędzy które powkładano folię uniemożliwiającą patrzenie z zewnątrz. Zwyczajne lustro weneckie. Żeby zadziałało, w środku musiało być ciemno, a na zewnątrz jasno. Nad drzwiami, za pancerną szybą zbrojoną prętami znajdowała się wąska listwa LED skierowana wprost na osobę stojącą przy włazie. Oczywiście teraz się nie paliły, by nie zdradzać pozycji schronu, ale zapewne osoba w środku mogła zapalić światło, by zidentyfikować tego na zewnątrz.
Ktoś tu naprawdę nieźle się urządził, pomyślał Janek zatrzymując się przed samymi drzwiami. Nie było dzwonka ani kołatki. Najwyraźniej nikt nie pomyślał o tym, że po wojnie atomowej ludzie będą przychodzić do siebie z odwiedzinami. To oczywiście zły znak, bo ten w środku może właśnie obserwuje go teraz ściskając w rękach AK47 lub coś równie śmiercionośnego.
Chciał obejrzeć się za siebie, by upewnić się, że Tomek jest na swoim stanowisku gotowy do strzału, ale nie chciał też zdradzić się. I tak czuł, że po jego czole spływają kolejne krople potu. Prawe ucho na strzał, lewe na „wstrzymaj się”, powtórzył jeszcze w myślach i uderzył głośno trzy razy pięścią we wrota. Te zadudniły zaskakująco cicho. Warstwa stali, duraluminium, czy czego tam, byłą naprawdę gruba. Drzwi łączyły się ze ścianą jedynie zawiasem, a wszędzie naokoło musiała znajdować się solidna uszczelka, która dodatkowo tłumiła dźwięk.
Cholera, nic z tego nie będzie, nie usłyszy mnie, pomyślał i ponownie uderzył trzy razy. Odczekał chwilę, odwrócił się i wzruszył ramionami na znak, że nie wie, co się dzieje. Obecność Tomka zdradzała jedynie para z oddechu, unosząca się nad rdzewiejącym dachem. Już miał ruszyć w przód, gdy nagle poczuł na swojej skroni coś twardego.
– Nie waż się ruszyć dupku – usłyszał niski, chrapliwy głos. – Rozwalę ci łeb zanim ten drugi pedzio zdąży w ogóle dostrzec mnie w tym mroku. A może ma noktowizor? Co? Jak zamierzaliście mnie załatwić spryciarze?
– Ch... chyba nie, proszę pana. Chcieliśmy tylko zapytać o drogę.
– O drogę? To po co ten pajac siedzi tam i celuje w nas? Wychodź złamasie! - zawołał. - Albo zmienię mózg twojego kolesia w krwawą papkę!
Tomek skamieniał.
– Osz kur...
Dopiero teraz dostrzegł ubranego na czarno mężczyznę stojącego obok Janka, z pistoletem przyłożonym do jego głowy. Facet musiał być mistrzem kamuflażu. Musiał zaczaić się na nich na zewnątrz. Może mieli pecha, a może... śledził ich? Może wypatrzył ich na jakieś otwartej przestrzeni, na Moście Grunwaldzkim i podążał za nimi, a gdy odkryli jego kryjówkę...
– Liczę do trzech! Wyjdź przed samochód i rzuć tę spluwę.
Tomek wstał unosząc karabin wysoko nad głowę. Bił się z myślami. Jeżeli podda się, już są martwi, nikt nawet nie dowie się o ich losie. To się nie może tak skończyć. Wyszedł przed wrak czując, jak kolana robią mu się miękkie. Odpiął sztucer od zawieszenia taktycznego, położył na ziemi i wyprostował się.
– Teraz chodź tu! – mężczyzna zaczął majstrować coś przy włazie do bunkra.
Chwila jego nieuwagi wystarczyła Tomkowi, by ten zerwał się do ucieczki. Przesadził maskę samochodu i nisko, przy ziemi ruszył w kierunku drzew, od których dzieliło go raptem kilkadziesiąt metrów.
– Stój! Bo strzelam!
Zignorował wołanie. Wiedział, że to jedyna szansa. Janek jest już martwy, ale on dotrze do domu i powie wszystkim, co się stało. Wrócą tu za parę godzin w większej liczbie, złapią tego faceta żywcem i oberżną mu łeb nożem. Może nawet uda się uratować młodego. Strzały nie padały. Mężczyzna nie krzyczał już więcej. Tomek przedzierał się przez las w stronę delikatnie rysującej się na tle szarego nieba iglicy Hali Stulecia. Mimo oddalania się od tego przeklętego domu nadal nie czuł się bezpiecznie. Wyciągnął więc z pochwy zawieszonej na udzie duży nóż myśliwski, którym zwykle sprawiał zwierzynę. W ostateczności mógłby się tym obronić jakoś przed dzikiem czy psem.
Janek stał z rękami splecionymi za głową. Mężczyzna nie spuszczając go z muszki poszedł w kierunku leżącego na ziemi karabinu. Podniósł go i wrócił do otwartych drzwi bunkra popychając chłopaka do wnętrza.
– No toście kurwa nawarzyli bigosu – mruknął niezadowolony zamykając drzwi.
Z ciemnego przedsionka weszli do słabo oświetlonej komory mieszkalnej. Była dość przestronna i utrzymana w porządku. Z jednej strony znajdowały się dwa łóżka polowe, z drugiej biurko, krzesło, jakieś szafki, fotel i sporej wielkości biblioteczka zastawiona książkami. Nie było telewizora i poza radiem właściwie trudno było doszukać się jakichkolwiek innych luksusów. Od pomieszczenia odchodziły drzwi oznaczone jako „wc”, drugie opisane złażącą farbą jako spiżarnia, oraz niewielka klapa w podłodze.
Mężczyzna widząc, że Janek przygląda się włazowi wytłumaczył:
– Studnia głębinowa oraz aparatura do uzdatniania wody. Siadaj.
Związał mu ręce z tyłu plastikową trytką.
– Jesteś głodny?
– Tak.
Mężczyzna położył swojego Walthera P99 na biurku. Karabin schował do szafki zamykanej na klucz i zniknął za drzwiami spiżarni. Janek od razu zaczął kombinować. Wziąłby pistolet, ale jak miałby strzelać z rękami do tyłu? Musiałby najpierw uwolnić dłonie. Szarpnął mocno kilka razy. Trytka była solidna. Jedynym efektem było mocniejsze wpicie się plastiku w nadgarstek, co zaowocowało bólem. Nic z tego. Poza tym słyszał już kroki powracającego mężczyzny.
– Zjemy kolację i musimy się zbierać.
– Zbierać? Dokąd?
Przeszyła go zimna myśl. Nikt nie zabija we własnym mieszkaniu. Wyprowadzi go gdzieś na jakieś pustkowie, palnie w tył głowy i zostawi zwłoki, żeby zwabić dzikie psy. Na Dworcu tak właśnie postępowano ze skazańcami, dzięki czemu zawsze w pobliżu dworca PKS kręciły się jakieś watahy.
– Niech pan mnie nie zabija. Proszę – wyrzucił z siebie spontanicznie chłopak. Wcześniej obiecywał sobie, że nigdy nie będzie błagał o litość, jednak teraz, w obliczu śmierci, wszystko wyglądało inaczej.
– Nie zamierzam cię zabić. Potrzebuję ciebie jako tragarza. Mam sporo gratów do ewakuacji, a twoi będą tu pewnie lada moment. Gdzie mieszkacie? Rynek? Niskie Łąki?
– Dworzec Główny. Nic panu nie zrobimy. Nasza komuna jest bardzo pokojowa...
– Życie tu nauczyło mnie jednego: o niczym nie przekonywać się na własnej skórze. Siedziałem tu sobie cicho nikomu nie wadząc, aż zjawiacie się wy, dwaj gówniarze z kałachem...
– To Sajga. Sztucer myśliwski. Wygląda tak samo, ale nie może strzelać ogniem ciągłym.
Mężczyzna postawił na biurku plastikowy kosz, w którym znajdowało się jedzenie. Wyjął dwie konserwy, sztućce i kiwnął chłopakowi, żeby podszedł.
– Uwolnię ci ręce, żebyś zjadł jak człowiek. Nie myśl, że jestem bestią.
– Dlaczego nie zastrzelił pan Tomka? Nie musiałby pan teraz uciekać?
– Ta spluwa to replika. ASG.
– Co? – Janek mało nie zadławił się śliną. – Sterroryzował nas pan zabawką?
– To raczej wy daliście się sterroryzować zabawką – zaśmiał się pod nosem rozcinając tytkę. – Smacznego. Nie jest to najlepsze żarcie, choć może po prostu mi już zbrzydło.
Była to mielonka. Prawdziwy rarytas. Trochę przeterminowana, ale po otwarciu wyglądała i pachniała wspaniale.
– No to gadaj. Coś za jeden.
– Nazywam się Janek. Mieszkamy w podziemiach Dworca Głównego. Nie wiem, co pan chce jeszcze wiedzieć.
– Ile masz lat?
– Szesnaście.
– Pamiętasz świat przed wojną?
– Trochę. Jakieś pojedyncze zdarzenia, miejsca. Pamiętam wakacje u dziadków w Nowej Soli – chłopak zawiesił się z widelcem w połowie drogi. – Najbardziej pamiętam ostatnie dni.
– Ostatnie dni miasta?
– Mieliśmy uciekać pociągiem. Ja, moja siostra i moi rodzice. Na dworcu były tłumy ludzi. Pociągi nie przyjeżdżały już do Wrocławia, a jedynie opuszczały go wypełnione po brzegi ludźmi. Osobowe i towarowe. Wiedzieliśmy już wtedy, że Warszawa zniknęła z powierzchni ziemi. Ja jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, ale pamiętam jak dziś atmosferę tamtego dnia. Bałem się jak cholera.
– Cóż, nie dziwię się.
– Trzymałem mamę mocno za rękę i bałem się, że zgubię się w tłumie. Udało nam się załadować do jakiegoś pociągu, ale zanim ruszył, do maszynisty podbiegł jakiś żołnierz i coś mu powiedział. Okazało się, że rosyjscy dywersanci wysadzili wszystkie tory kolejowe wychodzące z miasta. Nie mogliśmy opuścić dworca. Podobno pociąg, który odjechał pół godziny wcześniej, rozbił się, wjeżdżając z ogromną prędkością na wysadzone tory. Zginęło mnóstwo ludzi.
– Co było potem?
– Koczowaliśmy na dworcu przez parę tygodni w nadziei, że ktoś przyjdzie i nam pomoże, ale z dnia na dzień nabieraliśmy pewności, że to nie nastąpi – chłopak sięgnął po butelkę wody z pytającym wzrokiem.
– Śmiało.
– Dziękuję. Stało się jasne, że państwo nie istnieje. Nie ma władzy, nie ma urzędników ani urzędów, nie ma policji ani wojska. Nawet jeżeli ktoś miał mundur, nie oznaczało to, że może udzielić pomocy. Wielokrotnie słyszało się opowieści o tym, jak uzbrojeni żołnierze wykorzystywali swoją uprzywilejowaną pozycję, by zagarnąć czyjś dobytek, zapasy żywności czy nawet broń. Wtedy jeszcze okradano ludzi z pieniędzy i kosztowności. Kupa śmiechu.
– Tak. Czasy zrobiły się dziwne – przyznał mężczyzna.
– A pan?
– Cóż... nie widzę powodu, by utrzymywać cokolwiek w sekrecie, choć jak sądzę, moja historia będzie dla ciebie mocno rozczarowująca.
Odkręcił butelkę wody i solidnie przepłukał gardło po mielonce.
– Mam amnezję. Prawdopodobnie musiałem mieć jakiś wypadek. Pamiętam dużo rzeczy z mojego dawnego życia. Mój dom, rodzinę, pracę... potem czarna dziura, a potem jestem tutaj, w tym schronie, z obandażowaną głową. Ktoś musiał mnie tu przywlec i opatrzyć. Jednak nigdy nie poznałem swojego wybawcy. Możesz mówić mi Grzesiek. Mam te trzydzieści parę lat, no prawie czterdzieści, ale tutaj, dzisiaj to chyba już nie ma znaczenia.
– Okej Grzesiek. Bardzo mi przykro, że próbowaliśmy napaść na twój bunkier. Tomek jest trochę porywczy. Bardzo chce udowodnić swoją wartość w grupie.
– Taki wiek. Palisz?
– Ma pan... to znaczy masz papierosy?
– Ten bunkier był bardzo solidnie wyposażony. Jego właściciel musiał włożyć tu naprawdę dużo kasy. Jeżeli był to mój wybawiciel i tak zupełnie bezinteresownie przyniósł mnie tu wiedząc, że traci połowę zasobów, czyli w zasadzie skraca o połowę czas, w jakim można tu bytować, to musiał to być niesamowity człowiek.
– Dużo o nim myślisz, co?
– Nie sposób o tym nie myśleć – Grzegorz otworzył nowiutką paczkę czerwonych setek Marlboro i poczęstował Janka. – Masz, chyba mamy poważniejsze problemy niż rak.
Zapalili papierosy. Gospodarz bunkra wstał i wcisnął jakiś guzik na konsoli znajdującej się pomiędzy włazami do pozostałych pomieszczeń. U góry odezwała się dmuchawa, która zaczęła wyciągać dym.
– To absurd, że ten bunkier, w którym przeżyłem dziesięć lat, a i przeżyłbym kolejne dziesięć, wybudował jakiś niepoprawny palacz. Prawdopodobnie pewnego dnia skończyłyby mu się fajki i palnąłby sobie w łeb.
Zaśmiali się.
– Jak sobie radziłeś sam?
– To chyba kwestia charakteru. Ja mam taki, że mogę żyć bez towarzystwa. Poza tym mam to – wskazał radio z wyprowadzonymi na zewnątrz kablami i dodatkowymi układami scalonymi. – Moje okno na świat. Ściągam tym wszystkich nadawaczy z okolic. Oczywiście sam nigdy się nie ujawniałem.
– Tomek mówił, że te audycje to ściema, że ci faceci nie wiedzą nic, tylko ciągle wymyślają jakieś sensacje, by puszczano ich słowa dalej.
– Bez przesady. To nie czasy przedwojenne. Słucham ich od lat i ich informacje bywają naprawdę nudne. Zwykle podają prognozy pogody, które są bardzo trafne.
– Cóż, przez pierwsze pięć lat była zima i noc, a teraz mamy permanentną jesień. Nie trzeba chyba być jakimś szczególnym geniuszem?
– Musisz ich kiedyś posłuchać. Niejaki Ramol, nadaje gdzieś z okolic centrum, jest naprawdę zabawny. W dodatku posiada chyba swój własny monitoring, bo jego wzrok obejmuje większą część rynku. Może to jakiś dawny strażnik miejski. Relacjonuje wszystkie burdy jakby to były mecze piłkarskie. Czasem lubię otworzyć sobie piwko i posłuchać.
Janek spochmurniał.
– Musiałeś tu wieść naprawdę fajne życie, a my ci je spapraliśmy. Nie chcesz dogadać się z moimi i przenieść się na Główny? Tam jest bardzo bezpiecznie. Mamy broń.
– Właśnie tego się obawiam. Stanowicie zamkniętą społeczność, a dziś człowiek człowiekowi wilkiem. Powiedz mi, czy przyjęliście ostatnio kogoś nowego pod dach?
Chłopak zastanawiał się przez chwilkę obserwując dym leniwie snujący się w stronę wyciągów. Ostatni obcy to był ten handlarz obwoźny, którego wpuścili do środka, a on próbował ukraść im broń i porwać jedną z dziewczyn. Obdarli go żywcem ze skóry, a potem spalili. To było jakieś trzy lata temu.
– Jeżeli tylko zgodzisz się respektować pewne zasady...
– Czy bardzo się pomylę jeżeli powiem, że nie przypominasz sobie przypadku, że przyjęliście kogoś pod dach? - Grzegorz nie ustępował.
– Jesteśmy bardzo ostrożni. Na pewno miałbyś jakiś okres próbny i pewnie ograniczono by ci swobodę.
– Jak już powiedziałem wcześniej, nie chcę się o niczym przekonywać na własnej skórze. Jest mi ona droga i pragnę ją zachować na sobie.
– To co zrobisz? I co ze mną?
– Spakujemy manatki i spróbujemy wyjść z miasta. W Karkonoszach są schronienia, do których uciekali ludzie z miast. Jest tam dużo ludzi, na pewno ustanowili jakieś cywilizowane prawo, może jakąś namiastkę państwa. Jeżeli chodzi o ciebie, to na pewno nie wrócisz na swój pieprzony dworzec. Możesz iść ze mną, lub... innego wyjścia nie ma. Nie wpakuję ci kulki w łeb, ani nie zostawię przywiązanego do drzewa. Masz jeszcze chwilę, by to sobie przemyśleć. Gdy opuścimy schron muszę mieć do ciebie pełne zaufanie. Mógłbym cię związać i zostawić tutaj, ale wtedy wezmę o połowę zapasów mniej, a ty nie masz gwarancji przeżycia, bo może okaże się, że nie uda im się odnaleźć schronu, albo przyjdą i podpalą wszystko w cholerę...
Nastała krępująca cisza. Janek dałby wszystko, by wrócić na dworzec. Tylko tam czuł się w pełni bezpiecznie. Przeżył tam ponad połowę swojego życia. Miał tam rodzinę, znajomych, swoje miejsce w hierarchii z perspektywami na to, że lada dzień zostanie myśliwym. Wyruszając w drogę z tym obcym facetem mógł spodziewać się wszystkiego. Na dobrą sprawę to, co usłyszał tego wieczora mogło okazać się stekiem kłamstw. Łącznie z tą gadką o zabawkowym pistolecie. Może gdy tylko opuszczą metalową przestrzeń, która jest śmiertelną pułapką dla tego, który spróbuje w niej strzelać, jego życie niespodziewanie przerwie kula rozrywająca potylicę?
– Chyba rzeczywiście nie mam wyboru – powiedział ponuro.
– Chcę to usłyszeć. Gramy w jednej drużynie? Nie będzie żadnych numerów?
– Tak. Gramy w jednej drużynie i nie będę próbował uciekać, ani cię zabić.
– Zuch chłopak. I pamiętaj, że ty dostaniesz zabawkowego gnata, a ja będę miał tę armatę, którą mi sprezentowaliście.
Ktoś tu naprawdę nieźle się urządził, pomyślał Janek zatrzymując się przed samymi drzwiami. Nie było dzwonka ani kołatki. Najwyraźniej nikt nie pomyślał o tym, że po wojnie atomowej ludzie będą przychodzić do siebie z odwiedzinami. To oczywiście zły znak, bo ten w środku może właśnie obserwuje go teraz ściskając w rękach AK47 lub coś równie śmiercionośnego.
Chciał obejrzeć się za siebie, by upewnić się, że Tomek jest na swoim stanowisku gotowy do strzału, ale nie chciał też zdradzić się. I tak czuł, że po jego czole spływają kolejne krople potu. Prawe ucho na strzał, lewe na „wstrzymaj się”, powtórzył jeszcze w myślach i uderzył głośno trzy razy pięścią we wrota. Te zadudniły zaskakująco cicho. Warstwa stali, duraluminium, czy czego tam, byłą naprawdę gruba. Drzwi łączyły się ze ścianą jedynie zawiasem, a wszędzie naokoło musiała znajdować się solidna uszczelka, która dodatkowo tłumiła dźwięk.
Cholera, nic z tego nie będzie, nie usłyszy mnie, pomyślał i ponownie uderzył trzy razy. Odczekał chwilę, odwrócił się i wzruszył ramionami na znak, że nie wie, co się dzieje. Obecność Tomka zdradzała jedynie para z oddechu, unosząca się nad rdzewiejącym dachem. Już miał ruszyć w przód, gdy nagle poczuł na swojej skroni coś twardego.
– Nie waż się ruszyć dupku – usłyszał niski, chrapliwy głos. – Rozwalę ci łeb zanim ten drugi pedzio zdąży w ogóle dostrzec mnie w tym mroku. A może ma noktowizor? Co? Jak zamierzaliście mnie załatwić spryciarze?
– Ch... chyba nie, proszę pana. Chcieliśmy tylko zapytać o drogę.
– O drogę? To po co ten pajac siedzi tam i celuje w nas? Wychodź złamasie! - zawołał. - Albo zmienię mózg twojego kolesia w krwawą papkę!
Tomek skamieniał.
– Osz kur...
Dopiero teraz dostrzegł ubranego na czarno mężczyznę stojącego obok Janka, z pistoletem przyłożonym do jego głowy. Facet musiał być mistrzem kamuflażu. Musiał zaczaić się na nich na zewnątrz. Może mieli pecha, a może... śledził ich? Może wypatrzył ich na jakieś otwartej przestrzeni, na Moście Grunwaldzkim i podążał za nimi, a gdy odkryli jego kryjówkę...
– Liczę do trzech! Wyjdź przed samochód i rzuć tę spluwę.
Tomek wstał unosząc karabin wysoko nad głowę. Bił się z myślami. Jeżeli podda się, już są martwi, nikt nawet nie dowie się o ich losie. To się nie może tak skończyć. Wyszedł przed wrak czując, jak kolana robią mu się miękkie. Odpiął sztucer od zawieszenia taktycznego, położył na ziemi i wyprostował się.
– Teraz chodź tu! – mężczyzna zaczął majstrować coś przy włazie do bunkra.
Chwila jego nieuwagi wystarczyła Tomkowi, by ten zerwał się do ucieczki. Przesadził maskę samochodu i nisko, przy ziemi ruszył w kierunku drzew, od których dzieliło go raptem kilkadziesiąt metrów.
– Stój! Bo strzelam!
Zignorował wołanie. Wiedział, że to jedyna szansa. Janek jest już martwy, ale on dotrze do domu i powie wszystkim, co się stało. Wrócą tu za parę godzin w większej liczbie, złapią tego faceta żywcem i oberżną mu łeb nożem. Może nawet uda się uratować młodego. Strzały nie padały. Mężczyzna nie krzyczał już więcej. Tomek przedzierał się przez las w stronę delikatnie rysującej się na tle szarego nieba iglicy Hali Stulecia. Mimo oddalania się od tego przeklętego domu nadal nie czuł się bezpiecznie. Wyciągnął więc z pochwy zawieszonej na udzie duży nóż myśliwski, którym zwykle sprawiał zwierzynę. W ostateczności mógłby się tym obronić jakoś przed dzikiem czy psem.
Janek stał z rękami splecionymi za głową. Mężczyzna nie spuszczając go z muszki poszedł w kierunku leżącego na ziemi karabinu. Podniósł go i wrócił do otwartych drzwi bunkra popychając chłopaka do wnętrza.
– No toście kurwa nawarzyli bigosu – mruknął niezadowolony zamykając drzwi.
Z ciemnego przedsionka weszli do słabo oświetlonej komory mieszkalnej. Była dość przestronna i utrzymana w porządku. Z jednej strony znajdowały się dwa łóżka polowe, z drugiej biurko, krzesło, jakieś szafki, fotel i sporej wielkości biblioteczka zastawiona książkami. Nie było telewizora i poza radiem właściwie trudno było doszukać się jakichkolwiek innych luksusów. Od pomieszczenia odchodziły drzwi oznaczone jako „wc”, drugie opisane złażącą farbą jako spiżarnia, oraz niewielka klapa w podłodze.
Mężczyzna widząc, że Janek przygląda się włazowi wytłumaczył:
– Studnia głębinowa oraz aparatura do uzdatniania wody. Siadaj.
Związał mu ręce z tyłu plastikową trytką.
– Jesteś głodny?
– Tak.
Mężczyzna położył swojego Walthera P99 na biurku. Karabin schował do szafki zamykanej na klucz i zniknął za drzwiami spiżarni. Janek od razu zaczął kombinować. Wziąłby pistolet, ale jak miałby strzelać z rękami do tyłu? Musiałby najpierw uwolnić dłonie. Szarpnął mocno kilka razy. Trytka była solidna. Jedynym efektem było mocniejsze wpicie się plastiku w nadgarstek, co zaowocowało bólem. Nic z tego. Poza tym słyszał już kroki powracającego mężczyzny.
– Zjemy kolację i musimy się zbierać.
– Zbierać? Dokąd?
Przeszyła go zimna myśl. Nikt nie zabija we własnym mieszkaniu. Wyprowadzi go gdzieś na jakieś pustkowie, palnie w tył głowy i zostawi zwłoki, żeby zwabić dzikie psy. Na Dworcu tak właśnie postępowano ze skazańcami, dzięki czemu zawsze w pobliżu dworca PKS kręciły się jakieś watahy.
– Niech pan mnie nie zabija. Proszę – wyrzucił z siebie spontanicznie chłopak. Wcześniej obiecywał sobie, że nigdy nie będzie błagał o litość, jednak teraz, w obliczu śmierci, wszystko wyglądało inaczej.
– Nie zamierzam cię zabić. Potrzebuję ciebie jako tragarza. Mam sporo gratów do ewakuacji, a twoi będą tu pewnie lada moment. Gdzie mieszkacie? Rynek? Niskie Łąki?
– Dworzec Główny. Nic panu nie zrobimy. Nasza komuna jest bardzo pokojowa...
– Życie tu nauczyło mnie jednego: o niczym nie przekonywać się na własnej skórze. Siedziałem tu sobie cicho nikomu nie wadząc, aż zjawiacie się wy, dwaj gówniarze z kałachem...
– To Sajga. Sztucer myśliwski. Wygląda tak samo, ale nie może strzelać ogniem ciągłym.
Mężczyzna postawił na biurku plastikowy kosz, w którym znajdowało się jedzenie. Wyjął dwie konserwy, sztućce i kiwnął chłopakowi, żeby podszedł.
– Uwolnię ci ręce, żebyś zjadł jak człowiek. Nie myśl, że jestem bestią.
– Dlaczego nie zastrzelił pan Tomka? Nie musiałby pan teraz uciekać?
– Ta spluwa to replika. ASG.
– Co? – Janek mało nie zadławił się śliną. – Sterroryzował nas pan zabawką?
– To raczej wy daliście się sterroryzować zabawką – zaśmiał się pod nosem rozcinając tytkę. – Smacznego. Nie jest to najlepsze żarcie, choć może po prostu mi już zbrzydło.
Była to mielonka. Prawdziwy rarytas. Trochę przeterminowana, ale po otwarciu wyglądała i pachniała wspaniale.
– No to gadaj. Coś za jeden.
– Nazywam się Janek. Mieszkamy w podziemiach Dworca Głównego. Nie wiem, co pan chce jeszcze wiedzieć.
– Ile masz lat?
– Szesnaście.
– Pamiętasz świat przed wojną?
– Trochę. Jakieś pojedyncze zdarzenia, miejsca. Pamiętam wakacje u dziadków w Nowej Soli – chłopak zawiesił się z widelcem w połowie drogi. – Najbardziej pamiętam ostatnie dni.
– Ostatnie dni miasta?
– Mieliśmy uciekać pociągiem. Ja, moja siostra i moi rodzice. Na dworcu były tłumy ludzi. Pociągi nie przyjeżdżały już do Wrocławia, a jedynie opuszczały go wypełnione po brzegi ludźmi. Osobowe i towarowe. Wiedzieliśmy już wtedy, że Warszawa zniknęła z powierzchni ziemi. Ja jeszcze nie wiedziałem, co to znaczy, ale pamiętam jak dziś atmosferę tamtego dnia. Bałem się jak cholera.
– Cóż, nie dziwię się.
– Trzymałem mamę mocno za rękę i bałem się, że zgubię się w tłumie. Udało nam się załadować do jakiegoś pociągu, ale zanim ruszył, do maszynisty podbiegł jakiś żołnierz i coś mu powiedział. Okazało się, że rosyjscy dywersanci wysadzili wszystkie tory kolejowe wychodzące z miasta. Nie mogliśmy opuścić dworca. Podobno pociąg, który odjechał pół godziny wcześniej, rozbił się, wjeżdżając z ogromną prędkością na wysadzone tory. Zginęło mnóstwo ludzi.
– Co było potem?
– Koczowaliśmy na dworcu przez parę tygodni w nadziei, że ktoś przyjdzie i nam pomoże, ale z dnia na dzień nabieraliśmy pewności, że to nie nastąpi – chłopak sięgnął po butelkę wody z pytającym wzrokiem.
– Śmiało.
– Dziękuję. Stało się jasne, że państwo nie istnieje. Nie ma władzy, nie ma urzędników ani urzędów, nie ma policji ani wojska. Nawet jeżeli ktoś miał mundur, nie oznaczało to, że może udzielić pomocy. Wielokrotnie słyszało się opowieści o tym, jak uzbrojeni żołnierze wykorzystywali swoją uprzywilejowaną pozycję, by zagarnąć czyjś dobytek, zapasy żywności czy nawet broń. Wtedy jeszcze okradano ludzi z pieniędzy i kosztowności. Kupa śmiechu.
– Tak. Czasy zrobiły się dziwne – przyznał mężczyzna.
– A pan?
– Cóż... nie widzę powodu, by utrzymywać cokolwiek w sekrecie, choć jak sądzę, moja historia będzie dla ciebie mocno rozczarowująca.
Odkręcił butelkę wody i solidnie przepłukał gardło po mielonce.
– Mam amnezję. Prawdopodobnie musiałem mieć jakiś wypadek. Pamiętam dużo rzeczy z mojego dawnego życia. Mój dom, rodzinę, pracę... potem czarna dziura, a potem jestem tutaj, w tym schronie, z obandażowaną głową. Ktoś musiał mnie tu przywlec i opatrzyć. Jednak nigdy nie poznałem swojego wybawcy. Możesz mówić mi Grzesiek. Mam te trzydzieści parę lat, no prawie czterdzieści, ale tutaj, dzisiaj to chyba już nie ma znaczenia.
– Okej Grzesiek. Bardzo mi przykro, że próbowaliśmy napaść na twój bunkier. Tomek jest trochę porywczy. Bardzo chce udowodnić swoją wartość w grupie.
– Taki wiek. Palisz?
– Ma pan... to znaczy masz papierosy?
– Ten bunkier był bardzo solidnie wyposażony. Jego właściciel musiał włożyć tu naprawdę dużo kasy. Jeżeli był to mój wybawiciel i tak zupełnie bezinteresownie przyniósł mnie tu wiedząc, że traci połowę zasobów, czyli w zasadzie skraca o połowę czas, w jakim można tu bytować, to musiał to być niesamowity człowiek.
– Dużo o nim myślisz, co?
– Nie sposób o tym nie myśleć – Grzegorz otworzył nowiutką paczkę czerwonych setek Marlboro i poczęstował Janka. – Masz, chyba mamy poważniejsze problemy niż rak.
Zapalili papierosy. Gospodarz bunkra wstał i wcisnął jakiś guzik na konsoli znajdującej się pomiędzy włazami do pozostałych pomieszczeń. U góry odezwała się dmuchawa, która zaczęła wyciągać dym.
– To absurd, że ten bunkier, w którym przeżyłem dziesięć lat, a i przeżyłbym kolejne dziesięć, wybudował jakiś niepoprawny palacz. Prawdopodobnie pewnego dnia skończyłyby mu się fajki i palnąłby sobie w łeb.
Zaśmiali się.
– Jak sobie radziłeś sam?
– To chyba kwestia charakteru. Ja mam taki, że mogę żyć bez towarzystwa. Poza tym mam to – wskazał radio z wyprowadzonymi na zewnątrz kablami i dodatkowymi układami scalonymi. – Moje okno na świat. Ściągam tym wszystkich nadawaczy z okolic. Oczywiście sam nigdy się nie ujawniałem.
– Tomek mówił, że te audycje to ściema, że ci faceci nie wiedzą nic, tylko ciągle wymyślają jakieś sensacje, by puszczano ich słowa dalej.
– Bez przesady. To nie czasy przedwojenne. Słucham ich od lat i ich informacje bywają naprawdę nudne. Zwykle podają prognozy pogody, które są bardzo trafne.
– Cóż, przez pierwsze pięć lat była zima i noc, a teraz mamy permanentną jesień. Nie trzeba chyba być jakimś szczególnym geniuszem?
– Musisz ich kiedyś posłuchać. Niejaki Ramol, nadaje gdzieś z okolic centrum, jest naprawdę zabawny. W dodatku posiada chyba swój własny monitoring, bo jego wzrok obejmuje większą część rynku. Może to jakiś dawny strażnik miejski. Relacjonuje wszystkie burdy jakby to były mecze piłkarskie. Czasem lubię otworzyć sobie piwko i posłuchać.
Janek spochmurniał.
– Musiałeś tu wieść naprawdę fajne życie, a my ci je spapraliśmy. Nie chcesz dogadać się z moimi i przenieść się na Główny? Tam jest bardzo bezpiecznie. Mamy broń.
– Właśnie tego się obawiam. Stanowicie zamkniętą społeczność, a dziś człowiek człowiekowi wilkiem. Powiedz mi, czy przyjęliście ostatnio kogoś nowego pod dach?
Chłopak zastanawiał się przez chwilkę obserwując dym leniwie snujący się w stronę wyciągów. Ostatni obcy to był ten handlarz obwoźny, którego wpuścili do środka, a on próbował ukraść im broń i porwać jedną z dziewczyn. Obdarli go żywcem ze skóry, a potem spalili. To było jakieś trzy lata temu.
– Jeżeli tylko zgodzisz się respektować pewne zasady...
– Czy bardzo się pomylę jeżeli powiem, że nie przypominasz sobie przypadku, że przyjęliście kogoś pod dach? - Grzegorz nie ustępował.
– Jesteśmy bardzo ostrożni. Na pewno miałbyś jakiś okres próbny i pewnie ograniczono by ci swobodę.
– Jak już powiedziałem wcześniej, nie chcę się o niczym przekonywać na własnej skórze. Jest mi ona droga i pragnę ją zachować na sobie.
– To co zrobisz? I co ze mną?
– Spakujemy manatki i spróbujemy wyjść z miasta. W Karkonoszach są schronienia, do których uciekali ludzie z miast. Jest tam dużo ludzi, na pewno ustanowili jakieś cywilizowane prawo, może jakąś namiastkę państwa. Jeżeli chodzi o ciebie, to na pewno nie wrócisz na swój pieprzony dworzec. Możesz iść ze mną, lub... innego wyjścia nie ma. Nie wpakuję ci kulki w łeb, ani nie zostawię przywiązanego do drzewa. Masz jeszcze chwilę, by to sobie przemyśleć. Gdy opuścimy schron muszę mieć do ciebie pełne zaufanie. Mógłbym cię związać i zostawić tutaj, ale wtedy wezmę o połowę zapasów mniej, a ty nie masz gwarancji przeżycia, bo może okaże się, że nie uda im się odnaleźć schronu, albo przyjdą i podpalą wszystko w cholerę...
Nastała krępująca cisza. Janek dałby wszystko, by wrócić na dworzec. Tylko tam czuł się w pełni bezpiecznie. Przeżył tam ponad połowę swojego życia. Miał tam rodzinę, znajomych, swoje miejsce w hierarchii z perspektywami na to, że lada dzień zostanie myśliwym. Wyruszając w drogę z tym obcym facetem mógł spodziewać się wszystkiego. Na dobrą sprawę to, co usłyszał tego wieczora mogło okazać się stekiem kłamstw. Łącznie z tą gadką o zabawkowym pistolecie. Może gdy tylko opuszczą metalową przestrzeń, która jest śmiertelną pułapką dla tego, który spróbuje w niej strzelać, jego życie niespodziewanie przerwie kula rozrywająca potylicę?
– Chyba rzeczywiście nie mam wyboru – powiedział ponuro.
– Chcę to usłyszeć. Gramy w jednej drużynie? Nie będzie żadnych numerów?
– Tak. Gramy w jednej drużynie i nie będę próbował uciekać, ani cię zabić.
– Zuch chłopak. I pamiętaj, że ty dostaniesz zabawkowego gnata, a ja będę miał tę armatę, którą mi sprezentowaliście.
Fot. pixabay.com

